Najbardziej mokre złoto w historii żużla. Pamiętacie? [ZDJĘCIA]

11 października 2009. Na mecz Falubazu Zielona Góra z Unibaksem Toruń czeka cała żużlowa Polska. Pojedynek z toruńskimi Aniołami to dla zielonogórskich kibiców wielkie święto, najważniejsze wydarzenie od 18 lat. Tak długo fani Falubazu czekają na tytuł mistrza Polski. Dlatego tor musi być przygotowany doskonale. Zielonogórski toromistrz Adam Warecki bierze się ostro do pracy. Niby wszystko idzie zgodnie z planem. Nikt nie jest jednak świadom koszmaru, który niebawem się rozpęta. Tego, że godziny, które pozostają do meczu, najpierw zamienią się w dni, a później w tygodnie. Finał udało się rozegrać dopiero 24 października, dokładnie trzy lata temu.

Oszustka pogoda dolała wody

W niedzielę 11 października nie trzeba mocno polewać toru, bo przecież o upałach już dawno zapomnieliśmy. Ale zielonogórscy żużlowcy nie chcą też na torze betonu, skoro cały sezon ścigali się na przyczepnej nawierzchni. Żaden z rywali nie był w stanie wygrać w Zielonej Górze. Teraz ma być tak samo. W pierwszym meczu o ekstraligowe złoto mocni na beton torunianie, na przyczepnym torze muszą przegrać. - Gdybyśmy postąpili inaczej i szykowali twardy tor, to przecież ugotowalibyśmy się we własnym sosie, to byłby gol samobójczy - mówił toromistrz Adam Warecki. Jest chłodno, ale prognozy pogody nic nie mówią o deszczu. Wody na torze więcej nie potrzeba i kiedy wydaje się, że nawierzchnia staje się idealna dla gospodarzy, dzieje się rzecz najgorsza z możliwych. Kilka godzin przed meczem nad stadionem przechodzą dwie serie ulewnego deszczu. Tor zmienia się w grzęzawisko.

Bezradne palenie gumy

Zielonogórzanie starają się uratować pierwszy mecz finałowy. Ale szanse na jego rozegranie w pierwotnym terminie maleją z minuty na minutę. Zdenerwowani kibice krążą wokół stadionu. Wreszcie dwie godziny przed zawodami sędzia Leszek Demski podejmuje decyzję: - Tor nie nadaje się do jazdy, meczu nie będzie.

Spotkanie zostaje przełożone na wtorek 13 października, ale prognozy pogody dla Zielonej Góry są fatalne, może nawet padać śnieg. Zdesperowani gospodarze robią wszystko, by druga próba się powiodła. Ale nawet palenie opon i słomy na torze nie przynosi efektów. Nawierzchnia nie schnie, przyjęła zbyt dużo wody. W walce żywiołów ogień jest bezradny. Żużlowcy (na zdjęciu Rafał Dobrucki i Piotr Protasiewicz) z niepokojem przyglądają się nawierzchni. Zielonogórski klub informuje torunian, że nie ma sensu, by w ogóle ruszali się z domów. Zespoły umawiają się na niedzielę 18 października.

Banany można było hodować

Prognozy pogody są nieco lepsze, ale i tak bardzo dalekie od ideału. W Falubazie panuje pełna mobilizacja. Sprowadzona z Rzeszowa wielka folia przykrywa część toru, tą najbardziej nasiąkniętą wodą. Do pracy ruszają dmuchawy z gorącym powietrzem. - Zrobiliśmy pod folią tunel, w którym panuje tak wysoka temperatura, że banany można hodować - żartuje trener Falubazu Piotr Żyto.

Stadion tętni życiem dzień i noc. Toromistrz Warecki nawet jak ma okazję na chwilę snu, to nie potrafi zasnąć. - Nie szło spać, takie było ciśnienie. Trochę posiedziałem, chwilę odpocząłem, ale cały czas myślałem, co jeszcze można zrobić, żeby uratować tor - wspomina.

Czy coś tu spieprzył Komisarz?

Jednak wysiłek sztabu ludzi znów idzie na marne. Niskie temperatury, duża wilgotność powietrza i kolejne opady deszczu sprawiają, że trzecia próba rozegrania meczu zostaje odwołana już dzień wcześniej. - Po drugim odwołaniu meczu nasze prace nadzorował Komisarz Ekstraligi, uparł się, żeby cały czas bronować tor - opowiadał Adam Warecki. - My mu pokazywaliśmy prognozy pogody, które mówiły, że zaraz będzie padać. A w takim przypadku oranie toru nie ma sensu. My tor suszyliśmy, a Komisarz kazał jeszcze głębiej go bronować. I co? Przylał deszcz i było po robocie. Tor to nie podłoga, że wiadro wody kopniesz i szmatą tę wodę zbierzesz. Działacze ekstraligi trochę nam spieprzyli robotę. Gdybyśmy nie posłuchali Komisarza, to może nie byłoby tego całego cyrku z finałem.

Kto żyw autem na stadion

W żużlowej Polsce wrze coraz bardziej. Z finału wyszła parodia, Pośmiewisko, a nie finał - tak gazety tytułują doniesienia z zielonogórskiego stadionu. Działacze Falubazu stają się obiektem drwin, kibice wyzywają ich m.in. od nieudaczników. Czwarta próba rozegrania finału zaplanowana jest na czwartek 22 października. Po torze przez kilka dni jeżdżą ciągniki, ciężarówki, a nawet samochody osobowe, którymi na stadion przyjeżdżają kibice. Już tylko po to, by jak najbardziej ubić nawierzchnię.

Plastelina nie daje za wygraną

Ruch na torze trwa do samej godziny rozpoczęcia meczu. Stadion wypełnia się kibicami, ale tor ciągle jest w bardzo złym stanie. Nawet trener gości Jan Ząbik, znany w Polsce fachowiec od przygotowania dobrych nawierzchni, nie daje rady poprawić jej jakości. Żużlowcy obu ekip wyjeżdżają do próby toru, ale ledwo pokonują łuki, plastelina trzyma zbyt mocno. Kręcą głowami, wiadomo, że finału znów nie będzie. Nikt nie wie, co dalej robić. Ale Falubaz dostaje szansę na piątą próbę, za dwa dni, 24 października.

Trudno, budujemy nowy tor

W Zielonej Górze wszyscy zdają sobie sprawę, że jeśli tym razem się nie uda, to kolejnej próby najpewniej już nie będzie. Jeszcze w nocy po odwołaniu czwartej próby w klubie zbiera się sztab kryzysowy, który decyduje się na ostatni, heroiczny bój. Decyzja jest zaskakująca: budujemy tor od nowa!

360 ton wjechało na stadion

Rano stadion zamienia się w wielki plac budowy. Trzy duże firmy budowlane całe swoje siły kierują na tor. Kiedy zerwana mokra nawierzchnia znika ze stadionu, w drodze do Zielonej Góry są już ciężarówki z suchym granitem. To aż 360 ton nowego materiału. Operacja trwa niespełna dobę. Toromistrz Warecki decyduje o tym, gdzie i ile suchej nawierzchni trzeba wysypać. - Wszyscy wierzyli, że się uda - wspomina. - Dopingowali nas kibice, którzy nawet w nocy przyjeżdżali. Oglądali te wielkie maszyny, które najpierw niszczyły stary tor, by później w tym samym miejscu zbudować nowy. To było mistrzostwo świata.

Piotr Żyto i Rafał Dobrucki Piotr Żyto i Rafał Dobrucki Fot. Sebastian Rzepiel / Agencja Gazeta

Potrzebowali nawet polewaczki

Jest 24 października. Rano żużlowcy Falubazu są już na torze, tym razem wreszcie na motocyklach. Trenują przed wieczornym pojedynkiem z torunianami. Ci po przyjeździe na stadion nie mogą wyjść z podziwu wobec pracy zielonogórzan. Mecz można wreszcie rozegrać. Wszyscy przecierają oczy ze zdumienia, gdy pomiędzy wyścigami na tor wyjeżdża polewaczka. Woda pomaga miejscowym, Falubaz wygrywa, a trener Piotr Żyto - jak po każdym zwycięstwie - traci swoją klubową koszulę.

Medal wymieszany z deszczem

Nazajutrz oba zespoły przenoszą się na rewanż do Torunia. Na Motoarenie znów lepszy jest Falubaz, sięga po upragnione od 18 lat złoto. Żużlowcy medale odbierają w strugach deszczu i szampana. To złoto jest najbardziej mokre w historii ekstraligowych rozgrywek.