Wspomnienie o szeryfie i dwóch niesamowitych trenerach

Twórca ośrodka pięciobojowego w Drzonkowie. Trener ostatniej Lechii Zielona Góra, która przyciągała na trybuny tysiące widzów i grała na zapleczu ekstraklasy. Legenda piłkarskiego Kolejarza Zielona Góra - Pan Stasiu, człowiek, dla którego piłka miała być tylko dodatkiem do reszty życia, lecz w rzeczywistości była nieomal całą treścią. Pamiętajmy o nich, nie tylko od święta. Warto!
Zbigniew Majewski, Szeryf z Drzonkowa Zbigniew Majewski, Szeryf z Drzonkowa Fot. Maja Sawacka / Agencja Gazeta

Zgasła gwiazda Szeryfa

Zbigniew Majewski zmarł 17 września 2013 r. Zmarł w nocy, we śnie. Znamienne, bo za dnia nie miałby na to czasu...

Chociaż od wielu lat wiódł żywot emeryta, stale był zaganiany. Pasja tworzenia wielkich projektów gnała go do działania. W życiu Szeryfa dominowały: sport i konie. Zakochiwał się w jakiejś dyscyplinie, organizował dla niej bazę, struktury, szkolił. Po czym rzucał dla innej.

Stworzył w Zielonej Górze krąg lekkoatletyczny, z którego wyłonili się olimpijczycy, gwiazdy - ze skoczkiem wzwyż Edwardem Czernikiem na czele.

Majewski też wykonał skok, który uczynił z niego gwiazdę. Z lekkoatlety przeskoczył na pięciobój nowoczesny i stworzył dzieło swojego życia: ośrodek pięciobojowy w Drzonkowie, który do dziś przyciąga sportowców z całego świata. I tam Majewski stał się szeryfem.

Gdy miał dość codzienności, zaprzęgał dyliżans, chwytał za lejce i podróżował po Europie. Kilka lat temu porzucił ukochany Drzonków. Zamieszkał w Zielonej Górze. Ale dalej snuł wielkie wizje. Kreślił programy ogólnopolskich rozgrywek, które przyciągną młodych ludzi do sportu. Planował przebudowy obiektów sportowych. Dobijał się z tym do ludzi władnych. Po co to robił? - Mój problem polega na tym, że wciąż wpadam na niesamowite pomysły i nie umiem się od nich odczepić - mówił. - Mam wizję. A bez wizji nie dzieje się nic.

Szczęście na siwym koniu jeździ

W styczniową sobotę 2010 r. zmarł Bronisław Przygrodzki, trener ostatniej Lechii Zielona Góra, która umiała zapełniać trybuny.

- Jestem twardym człowiekiem. Niełatwo mnie załamać. Mam charakter, w pewnych sprawach potrafię być nieugięty. Nigdy nie odpuszczam na treningach, niezależnie od tego, czy mocno pada deszcz, czy świeci słońce. Daję także wiele z siebie, bo uważam, że trener musi mocno uczestniczyć w zajęciach. Przywiązuję wagę do punktualności i solidności. Nie lubię lipiarzy, tych, którzy przechodzą obok treningu. W mojej filozofii mecz jest łatwiejszy od treningu - tak Przygrodzki opowiadał nam przed laty o swoim sposobie na futbol. Uprawnienia trenerskie zdobywał na Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu.

Zanim zajął się trenerką, był piłkarzem Zastalu Zielona Góra. Jako zawodnik, a później szkoleniowiec najczęściej przemieszczał się między Zieloną Górą a Nową Rudą. Właśnie z Nowej Rudy wrócił do Zastalu już jako początkujący trener. U nas został asystentem Huberta Skowronka. Po rozwiązaniu Zastalu pracował z młodzieżą w zielonogórskim Zrywie. Wtedy już istniała Lechia, ale Przygrodzki trafił do niej dopiero po zdobyciu ze Zrywem wicemistrzostwa Polski szkolnych klubów sportowych. Z tej drużyny zabrał ze sobą ośmiu najlepszych piłkarzy i na tej bazie zbudował niezapomnianą Lechię, która własnymi wychowankami w 1995 r. awansowała na zaplecze ekstraklasy. To był największy trenerski sukces Przygrodzkiego. Z awansu cieszyła się cała piłkarska Zielona Góra. Mecze oglądało po sześć tysięcy widzów.

Potrafił barwnie opowiadać, sypał anegdotami i mówił o sobie, że jest szczęściarzem. Na dobry omen przed meczem chciał zobaczyć... siwego konia. - Jak tylko gdzieś po drodze widzieliśmy siwego konia, było pewne, że wygramy. Kiedyś jechaliśmy, spisani na straty, na derby do Gorzowa. W połowie podróży zrobiliśmy sobie przerwę na rozprostowanie kości. A ja poszedłem na mały spacer, żeby jeszcze raz zastanowić się nad składem. Patrzę, a tu dwa kucyki - jeden brązowy, drugi czarny. Mówię sobie: ech, żeby tak był siwy. I wtedy te dwa się rozsuwają, a za nimi stoi trzeci kucyk, siwy - wspomniał pewną wyprawę trener. W tamtych derbach Lechia szczęśliwie wygrała 3:2.

www.pleyada.net.pl www.pleyada.net.pl www.pleyada.net.pl

Pan Stasiu, czyli ostatni taki pasjonat

W marcu 2010 r. zmarł piłkarski trener Stanisław Kurzawski. Legenda Kolejarza Zielona Góra, pracownik Lechii, w której prowadził zespół juniorów, wychowawca mnóstwa piłkarzy, może ostatni taki pasjonat, honorowy członek LZPN i przez pewien okres trener-koordynator LZPN. Miał 77 lat.

W zielonogórskim środowisku futbolowym postać wszystkim znana, choć ostatnio medialnie nieomal zupełnie anonimowa. Wszyscy wiedzieli, że to Pan Stasiu. Że z nim wiąże się historia Kolejarza Zielona Góra i największe sukcesy tego klubu, w którym niegdyś sam grał w piłkę, a później prowadził jako trener seniorów i młodzieżowców.

- Radził sobie. I nie przeszkadzało mu to, że Kolejarz zwykle dostawał żużlowe, najgorsze w mieście boisko do grania i trenowania. Po zaprawie na żużlowej płycie jego piłkarzom nie były straszne później już żadne nierówności na trawie - wspomina Waldemar Sawicki, sędzia i pracownik LZPN, który grał pod wodzą Kurzawskiego, po tym pełnił przy nim rolę kierownika drużyny.

Dawni i obecni współpracownicy, znajomi podkreślają, że Pan Stasiu nie mógłby funkcjonować bez piłki. I choć przez wiele lat trenerka miała być tylko dodatkiem do jego pracy zawodowej, to w istocie stanowiła pasję życia.

- To nie było tylko trenowanie, lecz niesamowita i niespotykana często dbałość o całą drużynę i piłkarzy - każdego z osobna. Pan Stasiu biegał wokół tego, żeby chłopcy byli ubrani, najedzeni, żeby im się chciało pracować i rozwijać. Choć nie w każdym wypadku było to zadaniem prostym. A przy tym nie patrzył na własną korzyść. Wynagrodzenie traktował tak, jakby to w ogóle nie było ważne. W piłce nożnej jemu najmniej chodziło o pieniądze - opowiadał Krzysztof Stacewicz, b. piłkarz i dyrektor Lechii Zielona Góra.

Po rozwiązaniu klubu Kolejarz Stanisław Kurzawski dowodził w drużynach piłkarskich z miejscowości położonych w pobliżu Zielonej Góry. - To nie było dla niego hobby, by urozmaicić sobie wolny czas. Zajęcia prowadził na poważnie, całym sobą. Dopóki siły pozwalały, zimą ganiał z zawodnikami po głębokim śniegu, po lasach. Ćwiczenia sam demonstrował i wyglądało na to, że kondycyjnie, ani technicznie nie odstaje od wysportowanych młodych, piłkarzy. A młodzi go słuchali i poważali, bo miał w sobie pasję i charyzmę - wspomina Waldemar Sawicki.