Stelmet zwalnia i zatrudnia, dziennikarze "Wyborczej" komentują

- Przed rokiem budowaliśmy drużynę jakby zupełnie od nowa. Teraz trzon zachowujemy, a wymieniamy tylko obcokrajowców - zastrzegł Janusz Jasiński, właściciel koszykarskiego Stelmetu Zielona Góra. Dzieje się jednak więcej. Poważne zmiany zachodzą w sztabie trenerskim drużyny oraz organizacyjnym klubu.
Stelmet Stelmet Fot. Anna Kraśko

Czy Stelmet zmienia się na lepsze?

Jest oczywiście tak, że pełną odpowiedź przyniesie dopiero sezon oraz jego zakończenie. Ale już dziś, na gorąco te ruchy wywołują radość, żal, wkurzenie - emocje, czyli w sumie to, o co w sporcie chodzi.

To przecież naprawdę ciekawe, dlaczego w Zielonej Górze tak niewielu płacze za trenerem Mihailo Uvalinem, a tak wielu płacze za prezesem Rafałem Czarkowskim. I dlaczego ten drugi fakt tak bardzo irytuje Janusza Jasińskiego, właściciela zielonogórskiego klubu?

Oto nasz bardzo subiektywny przewodnik po tym, co działo i dzieje się na placu przebudowy Stelmetu. Przy okazji bardzo przepraszamy, że się tak rozpisaliśmy. I wśród czytelników, którzy dobrną do końca, rozlosujemy atrakcyjne nagrody... Wśród nich piłkę z autografami. Tylko darujcie - nie wiemy, czyje to autografy. Przepraszamy także, jeśli nasze komentarze pokrywają się w kilku kwestiach. Ale przyjęliśmy konwencję, że jeden nie czyta tego, co napisze drugi i vice versa.

A jakie jest wasze zdanie o zmianach w Stelmecie? Chętnie podyskutujemy z wami na Twitterze! Zapraszamy: Andrzej - twitter.com/AndrzejTomasik1 Kosma - twitter.com/kosma84

Rafał Czarkowski Rafał Czarkowski Fot. Anna Krasko / Agencja Gazeta

Rozstanie z prezesem Czarkowskim

Andrzej Tomasik: 'Człowiek z kajetem i długopisem' - takim określeniem Janusz Jasiński, właściciel zielonogórskiego klubu, potraktował ostatnio Rafała Czarkowskiego, byłego prezesa. A podobno panowie umawiali się, że darują sobie komentarze na temat przyczyn zakończenia współpracy...

Jednak Jasiński wyraźnie nie może zdzierżyć, że kibice i dziennikarze dość zgodnie podsumowują prezesurę Czarkowskiego ciepło oraz równie zgodnie żałują, że musiał odejść.

Jeżeli to właściciela klubu jakoś ukoi, to ze swojej strony mogę obiecać, że jego zaangażowanie, działalność, nowatorstwo i pęd ku Europie oraz lepszemu jutru też podsumuję bardzo ciepło, o ile kiedyś nadarzy się taka okazja! Tymczasem dobrych słów o Czarkowski, ani żalu po jego odejściu się nie wypieram. To przecież kawał historii zielonogórskiego basketu i klamra między dawnym Zastalem i nowym Stelmetem. Pracował, podejmował ważne decyzje. I może jego atut polegał właśnie na tym, że był 'człowiekiem z kajetem i długopisem', z krwi i kości, jednego dnia mówił kur..., następnego przepraszał.

Pamiętam - był czas, gdy Czarkowski uchodził w klubie za młodego, rzutkiego menedżera. Upłynęło ileś lat i teraz Jasiński doszedł do wniosku, że ten sam Czarkowski uwstecznia mu robotę oraz wizerunek klubu. Dogadali się. Rozstali. I OK. Jest nowa wizja, nowe porządki, nowi ludzie. Nikt takim zmianom pokoleniowym nie zapobiegnie. Chociaż może, gdyby Czarkowski jednak odżałował te 200 zł i z młodzieńczym zapałem wstąpił do pierwszego szeregu socios...

Kosma Zatorski: 14 lat wytrzymał prezes Czarkowski na stanowisku prezesa Zastalu, a później Stelmetu. Później przyszedł do klubu Walter Jeklin i postanowił przemeblować nie tylko skład Stelmetu, ale i struktur zarządzania klubem. O ile to pierwsze zadanie średnio mu wyszło, to w drugim był bardzo skuteczny. Obu panom - Jeklinowi i Czarkowskiemu - wyraźnie nie było po drodze. Teraz ten pierwszy stał się drugą, co do ważności osobą w klubie.

Właściciel klubu Janusz Jasiński tłumaczył ostatnio, że prezes do zarządzania klubem o 12-milionowym budżecie już się nie nadawał - tu powinien pojawić się cytat o notesie i długopisie, ale pewnie znajdziecie go w komentarzu Andrzeja, który takich smaczków nie przepuszcza.

Prezesa Czarkowskiego szkoda tak po ludzku, bo wiąże się z nim dużo fajnych, koszykarskich wspomnień.. - Co tam NBA! Euroliga to jest to, a jak gra ta Siena. Poezja! - rozkoszował się grą dawnych mistrzów Euroligi w czasach, gdy Zastal Zielona Góra grał jeszcze w hali przy Szafrana. Cieszę się, że dożył w klubie czasów, w których Stelmet Zielona Góra pokonał jego ukochane Montepaschi 73:65 już w euroligowych czasach.

Mihailo Uvalin Mihailo Uvalin Fot. Michał Bedner

Rozstanie z trenerem Uvalinem

Kosma Zatorski: Wydaje mi się, że moment rozstania z Uvalinem nadszedł w odpowiednim czasie. Serbski trener w Zielonej Górze osiągnął już chyba wszystko. Ma na szyi brązowy, złoty i ostatni srebrny medal. Gdyby obronił mistrzostwo, to pewnie miałby mocny argument, aby siąść do rozmów o przedłużeniu kontraktu. A tak... dostał ładny pakiet socjalny i pewnie poczeka sobie spokojnie, aż sięgnie po niego któryś z bogatszych klubów - najlepiej w Polsce.

- Mihailo jest świetny w gaszeniu pożarów - mówi Janusz Jasiński. Dodaje jednak, że jak Serb się na kogoś uparł, że nie zagra, tak ten nie grał. Przykłady? Dobrze pamiętają wszyscy kibice. Jakub Dłoniak siedział w Zielonej Górze na końcu ławki, teraz jako 31-latek debiutuje w kadrze Polski. Gani Lawal według Uvalina wrócił do Zielonej Góry jako 'już nie ten sam Gani' i nie znalazł u niego uznania. Później grał we Francji, dwóch bardzo dobrych włoskich klubach, a teraz zainteresowany jest nim sam Galatasaray Stambuł. O ile Uvalin był świetnym motywatorem, to jednak wydaje się, że nie potrafił ze swoich graczy wyciągnąć maksimum umiejętności, dostosować ich do systemu gry. Trener był dla mnie jednak także świetnym rozmówcą, nigdy nie unikał rozmów na trudne tematy. Życzę mu jak najlepiej w dalszej trenerskiej karierze.

Andrzej Tomasik: Gdzieś w dalekiej Ameryce koszykarz, któremu się w sportowym życiu nie powiodło i nie załapał się do NBA, decyduje się na granie i zarabianie w Europie. Rusza w drogę, pakuje walizki, żegna się z kumplami i chyba przy tym modli się, by w nowej koszykarskiej rzeczywistości nie wpaść w ręce przeczulonego na swoim punkcie, wymagającego bezwzględnego dopasowania, upartego, zasadniczego szkoleniowca z Serbii...

Sukcesy Mihailo Uvalina w Zastalu i Stelmecie oraz kilku innych klubach są niepodważalne. Trzech medali w trzy lata może tu nie zdobyć już nikt. Trener zasłużył na głęboki szacunek. Gdy jednak szefowie Stelmetu nie przedstawili Uvalinowi oferty nowego kontraktu, koszykarska Zielona Góra odetchnęła z ulgą. Dlaczego?

Chyba wiele spraw się złożyło. Np. takie, że Gani Lawal u Uvalina był chłopcem skrajnie nieodpowiedzialnym, a u innych trenerów asem lub pożytecznym graczem na poziomie play-off Euroligi! Albo Jakub Dłoniak. U Uvalina umarłby na ławce rezerwowych, a u innych trenerów został świetnym snajperem i reprezentantem Polski. Łańcuszek graczy, którzy mogliby ubrać się w koszulki z napisem 'Nie pasowaliśmy trenerowi Uvalinowi' ułożyłby się zresztą o wiele dłuższy. Numer jeden na mojej liście zachowań zdumiewających: Gdy po meczu w Zielonej Górze nasz trener wyzwał trenera Dainiusa Adomaitisa na 'fight'...

- Chcieliśmy spróbować czegoś innego. Doszło do pewnego zmęczenia materiału - tłumaczył rozstanie Jasiński. I chyba trafił w sedno, mówiąc o zmęczeniu. Bo koszykówka Stelmetu w ostatnim sezonie bywała męcząca.

Christian Eyenga Christian Eyenga Fot. Materiały prasowe PLK

Rozwiązanie kontraktu z Eyengą

Andrzej Tomasik: Wiem, że tu się narażę, bo mnóstwo kibiców żałuje tego gracza, ale mnie w ogóle nie żal. I uważam, że Christian Eyenga na wyrost dostał się do NBA. Chociaż z drugiej strony - skoro dostał się tam także Cezary Trybański...

Kongijczyk zaczął w Zielonej Górze porywająco. Gdy jednak wpadał w ręce euroligowej obrony, wychodziło na to, że jest strasznie jednostronny i niewiele umie sobie wykreować. Latał skakał, urywał kosze, od komentatora Adama Romańskiego zyskał przydomek 'Air Congo', cyrkowo wykańczał kontry i dobre podania, potrafił być kąśliwym obrońcą. Byłem jednak dziwnie spokojny, że Eyenga nie wzbije się do kluczowego lotu, gdy będą się ważyły losy meczu. A nie zrobi tego dlatego, że brakuje mu charakteru.

Tutaj kolega Kosma Zatorski łapie mnie za słowo i mówi, że przecież Eyenga wzbił się do takiego lotu - po jego akcji byliśmy o krok od wygranej w Pireusie. No, niby tak, ale wygrać, a prawie wygrać to jednak jest pewna różnica.

Marnie wypadały próby robienia z Kongijczyka rozgrywającego. Ale zgaduję, że sam Eyenga nie występował tu w roli pomysłodawcy.

Kosma Zatorski: Uważam, że klub postąpił dobrze. Eyenga miał umowę 1+1 z czego drugi rok był opcją klubu z wpisaną w kontrakt podwyżką. Czy na nią zasługiwał Kongijczyk? Chyba nie do końca. Czy zasługiwał na to, aby zostać na tych samych finansowych warunkach? Tak, ale sytuację 'skomplikował' powrót Quintona Hosleya. Skomplikował pozytywnie.

Eyenga? Broniłem go przez cały sezon i zdania nie zmieniłem. Po cichu miał bardzo dobre play-offy. W finałach grał świetnie w obronie przeciwko J.P Prince'owi. Jest młody, ambitny, bardzo atletyczny, nadal się rozwija jako zawodnik. Przydałoby mu się kilka kilogramów więcej, żeby się nie dawać się przepychać pod koszem. Świetnie blokuje z pomocy. Ambicji mu nie brakowi. Chłopakowi różnie wychodziło, ale zawsze się chciało.

Najfajniej byłoby mieć ich w zespole obu - ależ to byłaby długoramienny duet obrońców i fabryka efektownych zagrań, tym bardziej, że trener Andrzej Adamek chce postawić na grę opartą na szybkim ataku. Eyenga wydaje się stworzony do takiej gry. Tylko jak wygospodarować dla obu minuty? To w ogóle możliwe?

Na Twitterze pojawiła się plotka, że zainteresowany jego ściągnięciem jest Turów Zgorzelec, który chce załatać dziurę po odejściu J.P. Prince'a. - Albo Eyenga, albo Amerykanin - mówi jedno z naszych źródeł. Ze względu na związek z Patricią Kazadi [ PR'owo ich związek robił bardzo dobrą robotę klubowi - tak uważam] zawodnik najchętniej zostałby w Polsce, gdyby nie udało mu się znaleźć dobrego kontraktu zagranicą. A może plotka o zainteresowaniu Turowem ma sprawić, że Stelmet siądzie z nim do rozmów?

Craig Brackins Craig Brackins Fot. Anna Kraśko

Rozwiązanie kontraktu z Brackinsem

Kosma Zatorski: Craig Brackins ma za sobą średni sezon i nie należał do ulubionych graczy Mihailo Uvalina. Gdy tylko Brackins coś zepsuł, najczęściej w obronie, wędrował na ławkę. Nie miał pewności siebie, grał bojaźliwie, najczęściej szukał dla siebie miejsca z dala od kosza. Ma świetnie ułożony rzut - potrafi rzucać za trzy, z pół dystansu. Słabo gra jednak tyłem do kosza, w obronie często łapał faule. Błysnął na chwilę. W finałach, gdy przydarzył mu się cudowny mecz numer 5. Trafiał za trzy jak na zawołanie i po kolejnym udanym rzucie wykonywał gest chowania rewolweru. Jednak swoją gra nie zasłużył, aby Stelmet chciał go siłą zostawić w zespole.

Teraz próbował sił w Summer League w barwach Portland Trail Blazers. W czterech meczach zagrał ledwie 40 minut, trafił 3 z 7 rzutów za trzy. Najlepszy występ to 16 minut przeciwko Utah Jazz. Rzucił wtedy 11 punktów. Szału nie zrobił, więc nie ma szans na ponowny angaż do NBA. Płakać za nim w Zielonej Górze nie będę.

Andrzej Tomasik: Tego gracza nie żal mi jeszcze bardziej niż Eyengi. Chociaż trzeba mu przyznać, że im dalej w sezon, tym grał lepiej, a pod koniec nawet całkiem przyzwoicie.

Jednak - podobnie jak w wypadku Kongijczyka - byłem spokojny, że żadna z magicznych trójek Brackinsa nie wpadnie do kosza równo z syreną i nie da Stelmetowi zwycięstwa. Bo w decydujących chwilach meczu Amerykanin był już dobrze schowany.

Raczej nie rwał się do przepychanek pod koszem, a przeciwnicy nie wpadali w panikę, gdy dowiadywali się, że ich 'plastrem' na mecz zostaje Brackins.

Quinton Hosley Quinton Hosley Fot. fot. Michał Bedner / Agencja Gazeta

Zakontraktowanie Hosleya

Andrzej Tomasik: Piątka marzeń Stelmetu składałaby się dla mnie z pięciu Quintonów Hosley'ów! Przegrałem z Kosmą piwo, bo do końca nie wierzyłem, że Hosley wróci. I to była najradośniejsza przegrana w życiu, a Hosley to w moim rankingu najciekawszy z graczy, których zatrudniała koszykarska Zielona Góra, chadzający własnymi ścieżkami wytrawny złodziej piłek i łamacz szablonów.

Trapi mnie tylko jedna rzecz. Jeżeli ludzie spodziewają się Quintona w dyspozycji z finałów play-off Tauron Basket Ligi '2013, to się zawiodą. Bo tamten koncert może się już nie powtórzyć.

Kosma Zatorski: Umówmy się. Hosley zdecydowanie lepszy, wszechstronniejszy gracz od Eyengi. Jego przewagi nad Eyengą? Lepiej broni zarówno kozłującego zawodnika, jak i próbującego grać w post-up. Lepiej sprawdza się jako 'fałszywy rozgrywający'. Widzi więcej na boisku. Przewagą jest także jego doświadczenie. Słabością? Że nie zawsze mu się chce grać na 100 proc., tym bardziej, gdy widzi, że rywal jest o klasę niższy. I ponoć nie chciał od Stelmetu niebotycznych pieniędzy po słabszym sezonie we Włoszech.

Quinton to zawodnik, który może podnieść frekwencję na trybunach. Ci sami kibice, którzy w trakcie sezonu domagali się jego zwolnienia, pokochali go, za to co zrobił z Turowem Zgorzelec w finałach. A odbicie korony mistrza to cel numer jeden w przyszłym sezonie. Czy Amerykanin sprosta zadaniu? Na pewno sprawi, że gra Stelmetu Zielona Góra będzie ciekawsza niż w ubiegłym sezonie.

Zakontraktowanie Troutmana

Kosma Zatorski: O Chevonie Troutmanie napisałem osobny tekst, więc powtarzać się nie będę. To gracz zupełnie inny niż Craig Brackins czy Vladimir Dragicević. Będzie grał bliżej kosza, szukał walki, szukał zbiórek do których ma ogromny talent. To także medialnie świetna postać - gracz, który nie ma problemu ze złapaniem kontaktu z kibicami. Pod tym względem bardzo przypomina Waltera Hodge'a.  A Portorykańczyka pokochaliśmy nie tylko za jego efektowną grę, ale także za jego wielką otwartość.

Więcej o Troutmanie

Andrzej Tomasik: Koszykarski Bayern Monachium chce pójść drogą piłkarskiego hegemona. I gdyby na tej drodze Chevon Troutman miał chwycić za pierwsze skrzypce, to powiedzmy sobie jasno, że byłby on poza zasięgiem Stelmetu. Ale to przecież nie umniejsza rangi kontraktu. Koszykarz dobrze sprzedał się w euroligowych meczach przeciwko Stelmetowi. Jest sprowadzony na życzenie trenera Andrzeja Adamka, a trenera ma go na oku od dawna. Zapowiada się solidne wzmocnienie i bodaj pierwszy w drużynie gracz z... kitką. Wypada tylko trzymać kciuki, żeby zdrowie mu dopisywało.

Anegdota: Gdy zatytułowaliśmy informację o pozyskaniu Troutmana: 'Z Bayernu do wicemistrza Polski', pod tekstem pojawił się komentarz: 'już myślałem że Toni Kroos wybrał Lecha jednak :P'

DLOGD DLOGD Fot. Dominik Sadowski / Agencja Gazeta

Powierzenie drużyny Adamkowi

Andrzej Tomasik: Dziwne to, a może wcale nie dziwne, ale już przed rokiem, gdy Andrzej Adamek przyjmował posadę asystenta trenera w Stelmecie, dość powszechnie mówiło się, że wkrótce zastąpi Mihailo Uvalina. Gdyby Serb obronił złoto, szefom Stelmetu brakowałoby punktu zaczepienia do dokonania zmiany. Stało się jednak inaczej. I teraz Adamek rzuca reprezentację, bo dostaje szansę oraz misję, by odzyskać tron dla Zielonej Góry.

Plusy zaczął gromadzić, gdy zapowiedział, że jego drużyna będzie zorientowana bardziej defensywnie od poprzedniczki. Z przyznawaniem kolejnych plusów trzeba zaczekać do pierwszych spotkań nowego sezonu. Ale trzeba też trzymać kciuki, wszak Adamek to ostatni polski szkoleniowiec, który sięgał po mistrzostwo Polski.

Kosma Zatorski: Byłem za tą kandydaturą. Andrzej Adamek to charakterologiczne przeciwieństwo Mihailo Uvalina. To tzw. 'players coach', jak w NBA mówi się na szkoleniowców mających świetny kontakt ze swoimi graczami. Najczęściej stają się nimi byli zawodnicy. Idealny przykład? Mark Jackson - który do niedawna trenował Golden State Warriors i był uwielbiany przez swoich podopiecznych.

Adamek ma 42 lata i choć przeciwnicy tej kandydatury zarzucają mu brak doświadczenia Wymienię: Górnik Wałbrzych, Śląsk Wrocław, reprezentacja, Asseco Prokom Gdynia, Stelmet Zielona Góra. Mało lat doświadczenia i pracy u boku m.in. Andreja Urlepa czy Tomasa Pacesasa? Jak nie teraz to kiedy? Świetnie, że Stelmet Zielona Góra daje szansę młodemu, polskiemu trenerowi i nie ciąży nad nim ogromna presja. Jak nie awansujemy do Euroligi, to świat się nie zawali. Celem dla Adamka jest odbicie mistrzostwa. Ja stawiam przed trenerem inny cel: Chcę zobaczyć bardziej widowiskową koszykówkę niż tę, którą grał w ubiegłym sezonie Turów. Taką, żeby ręce składały się do oklasków. Mam nadzieję, że to się uda panie trenerze!

Adam Hrycaniuk Adam Hrycaniuk Fot. Anna Kraśko

Zakontraktowanie na kolejny sezon Hrycaniuka

Kosma Zatorski: Z Adama Hrycaniuka starano się nieco na siłę zrobić w ubiegłym sezonie mobilną czwórkę, ale przecież to koszykarski zwierz stworzony do twardego basketu pod koszem. Kibice pokochali jego jego pseudonim, które pojawił się w ramach kampanii o superbohaterach - bardzo trafionej zresztą. Z trybun było słuchać głośne okrzyki 'Bestia!'.

Teraz Hrycaniuk będzie pod skrzydłami 'swojego' trenera Andrzej Adamka, który inaczej korzystał z jego umiejętności jeszcze w barwach Asseco Prokomu Gdynia. Grą Hrycaniuka nie są rzuty z czwartego, piątego metra, ale gra przy samej obręczy. Oby tylko stawiał jak najmniej 'ruchomych zasłon', które są jego achillesową piętą i umiejętnie wykorzystywał podania od Koszarka, Hosleya i tego 'niezadobrego' combo, którego poszukuje Stelmet. Chevon Troutman będzie miał z kim przepychać się na treningach.

Andrzej Tomasik: Adam Hrycaniuk pewnie nie powie, że ma za sobą najlepszy sezon w karierze. Mimo to o propozycje i dobrą posadę martwić się jednak nie musiał. Taki układ się wytworzył i takie przepisy obowiązują, że solidny polscy koszykarze są w cenie. A Hrycaniuk na pewno należy do solidnych, nie brakuje mu serducha do walki. I zawsze lepiej mieć w nim sprzymierzeńca niż przeciwnika, nie porzucając przy tym przekonania, że w nowym sezonie 'Bestia' zagra lepiej, m.in. dlatego, ze świetnie zna go trener Adamek.

Więcej o: