Pucharowe starcie z ligowym podtekstem dla Asseco Prokomu

W ćwierćfinale koszykarskiego Intermache Basket Cup mistrzowie Polski udowodnili pretendentom do mistrzostwa, że nie dadzą się łatwo zdetronizować, chociaż grają bez plejady zagranicznych gwiazd. W środę w Zielonej Górze Asseco Prokom Gdynia wygrał 84:73 ze Stelmetem. To gdynianie pojadą na finałowy turniej IBC do Koszalina.
Pucharowe starcie z ligowym podtekstem zaczęło się niepozornie. Gdynianie przez pełne trzy minuty kłopotali się z tym, jak przeprowadzić choćby jedną punktową akcję. Przezwyciężywszy niemoc, zaczęli łapać rytm i łamać obronę Stelmetu. A z biegiem spotkania sami coraz lepiej bronili. Orientowali się, w którą stronę i do kogo spośród zawodników Stelmetu powinno trafić podanie. Dzięki temu przechwytywali piłkę. Pod koniec pierwszej kwarty wyszli na prowadzenie. Trzymali się z przodu już do końca. Pod koszami Adam Hrycaniuk i Rasid Mahalbasić nie ustępowali w zbiórkach i w punktowaniu serbskim armatom Stelmetu. Chociaż nie da się powiedzieć, żeby Oliver Stević i Dejan Borovnjak źle wykonywali swoją robotę, to goście wydobywali więcej zdobyczy z pola trzech sekund.

Z mniejszym powodzeniem niż zazwyczaj grał najgroźniejszy snajper zielonogórskiej drużyny Walter Hodge. Dwa punkty na koncie po dwóch kwartach to była raczej nikczemna zdobycz jak na standardy asa z Portoryko. Krzysztof Roszyk mógł sobie zapisać na duży plus, że w pierwszej części okazał się wyjątkowo skutecznym towarzyszem-przeszkadzaczem dla lidera klasyfikacji strzelców Tauron Basket Ligi. Po dwóch kwartach gospodarze tracili do gości tylko trzy punkty (42:45). Tylko, bo zanosiło się na to, że uzbiera się więcej. Przewaga Asseco Prokomu dochodziła już do bariery 10 pkt. Aż w ostatnich minutach pierwszej połowy koszykarze z Zielonej Góry złamali ten kierunek. Zerwali się do tak agresywnej obrony, że nieomal skoczyli rywalom do gardeł. Zatrzymali serię akcji i złapali bezpośredni kontakt.

Jednak przerwa w ćwierćfinałowym starciu Pucharu Polski lepiej zrobiła gościom. Po zmianie stron stało się to, co mogło i powinno zdarzyć się wcześniej. Z przechwytów, trafień spod kosza i z dystansu, zdecydowanie skuteczniejszego zastawiania pod bronioną tablicą zawodnicy Asseco Prokomu utkali prowadzenie o wadze kilkunastu punktów. I to już było coś, co obudziło w Stelmecie złość, podgrzało temperaturę meczu. Koszykarze, sędziowie, trenerzy mieli sobie dużo do powiedzenia. Ale układ sił został zachowany. I chociaż na chwilę rozhulał się Hodge, obrona i atak zespołu z Gdyni egzekwowały dokładnie to, co zamierzały. Po trzech kwartach szala już bardzo istotnie przechylała się na korzyść gdynian, którzy wygrywali 73:56, a w zbiórkach defensywnych 27:16. Oznaczało to, że Stelmet po chybionych rzutach nie dostawał praktycznie żadnych szans na ponawianie ataków. Goście nie musieli się przejmować podobnym problemem. Ich skuteczność była bowiem o poziom wyższa. Na sześć minut przed końcem meczu Stelmet tracił do przeciwnika już blisko 20 punktów (58:77) i wraz z tym znikał widok na wywinięcie się od zbliżającej się przegranej. Na finiszu zielonogórska drużyna przypomniała mistrzom, że koszykówka to szalenie szybka gra. Gdynianie dali sobie zabrać komfortową przewagę, ale nie dopuścili do stanu, w którym mogliby się na serio zmartwić o wynik.

STELMET ZIELONA GÓRA - ASSECO PROKOM GDYNIA 74:83

KWARTY: 18:20, 24:25, 14:28, 18:10 STELMET: Stević 17, Borovnjak 16, Hodge 14, Sroka 12, Chanas 7 oraz Jones 8, Seweryn 0, Cesnauskis 0.

ASSECO PROKOM: Koszarek 15, Witka 15, Hrycaniuk 10, Zamojski 9, Roszyk 2 oraz Mahalbasić 19, Ponitka 13, Pamuła 0, Szczotka 0, Śnieg 0.