Dziś tamtego Zastalu już nie ma, czyli prezes przeprowadził się ostatni

Rafał Czarkowski zamknął za sobą drzwi gabinetu na piątym piętrze biurowca Zastalu. Fabryka, w której realizował wielkie kontrakty na budowę wagonów, dziś niczego nie produkuje. A klub, w którym grał, był trenerem i jest prezesem, z drugoligowego niebytu przeskoczył przepaść. Po drugiej stronie przepaści jest wielki budżet, pierwszy medal, rola faworyta do złota, mocne wejście do europejskich pucharów.
Wszystko się zmieniło?

- W koszykówce? Nie. Przecież ostatecznie rzecz sprowadza się do tego, że musi być parkiet i dwie drużyny do grania. Zawsze tak było, jest i będzie - mówi Czarkowski.

A czy mocno różni się praca prezesa drugoligowca od pracy w topowym klubie ekstraklasy? - Zgrzewek z wodą już nie noszę. Ale za pieniędzmi trzeba się uganiać o wiele więcej. No i jak nam się z tym złotem nie uda, to wielu powie, a pan napisze, że wszystkiemu winien prezes... - odpowiada Czarkowski.

Na początku była gra

Chodzili do siódmej klasy podstawówki. Koszykówką zainteresował ich człowiek, którego nazwiska nawet już dziś nie pamiętają. Tylko tyle że mówiło się na niego "Góral".

Czarkowski, Aleksander Machalica - dziś aktor, Krzysztof Machalica - dziś zielonogórski radny, byli kumplami z jednego podwórka. Polubili nowo poznaną grę. Po roku zostali w niej mistrzami województwa. Krzysztof Machalica, który mógł zrobić wielką zawodniczą karierę, pojawi się jeszcze w tej opowieści. A Czarkowski w szkole średniej trafił do klubu Zryw, stamtąd do Zastalu. Występował w jednej drużynie z zawodnikami, o których wypada wiedzieć. Adam Naruszewicz, Jan Łychmus, Zbigniew Kuleczka - to było pokolenie tuż przed tymi najbardziej znanymi zastalowcami, którzy w 1984 r. pierwszy raz w dziejach Zielonej Góry wywalczyli awans do ekstraklasy.

Asystent Aleksa, szef na W-4

Czarkowski kończył studia na WSI, odbył służbę wojskową. W fabryce wagonów zaczynał od posady referenta w dziale energetycznym. Do koszykówki wrócił jako asystent trenera Tadeusza Aleksandrowicza. I nawet wtedy, gdy Aleksandrowicz rozstał się z Zieloną Górą, a Czarkowski przez sezon samodzielnie prowadził drużynę w ekstraklasie, sport był tylko dodatkiem do pracy w fabryce Zastalu. W niej przeszedł przez wiele wydziałów. Stał na czele największego z produkcyjnych - W-4, czuwając nad realizacją ogromnego kontraktu, czyli budowy tysiąca wagonów, zamówionych przez Chińczyków.

- Rano jechałem do pracy. Przedpołudniowy trening prowadził mój asystent Grzesiu Fiedorowicz. Tak wtedy było. Poważniejsze wyzwania mieliśmy w fabryce. I pracowało się czasami po kilkanaście godzin na dobę - wspomina. Zresztą z basketu ciężko było wyżyć. Jeden z byłych zawodników opowiadał, jak w letniej przerwie między sezonami jeździli do Niemiec, by stawiać płoty przy domach. Brali się za robotę, o której nie mieli bladego pojęcia.

Czarkowski do sportowej załogi klubu dał się ściągnąć jeszcze raz, gdy trenerem znów został Aleksandrowicz i zaprosił go do roli asystenta. Na początku lat 90. Zastal przegrał serię o brąz z Aspro Wrocław. Czwarte miejsce w ekstraklasie bardzo długo musieliśmy po tym wymieniać jako największy sukces zielonogórskiej koszykówki.

Od początku istnienia spółki

Asystent Aleksandrowicza już więcej nie wchodził w tematy szkoleniowe. Znikał z koszykówki i pojawiał się w niej jako menedżer. Pracę w fabryce Zastalu rzucił dla producenta dachówek - firmy Fortum, która przez czas jakiś sponsorowała koszykarzy. Ale w 2001 r. basketem w Zielonej Górze rządzili inni ludzie. Klub balansował na krawędzi istnienia. Aż wreszcie ogromnie zadłużony przestał istnieć. Dla ratowania sytuacji powstała Sportowa Spółka Akcyjna Grono, by przejąć to, co zostało ze wspaniałych tradycji. Pomysł środowiska był taki, żeby prezesem spółki został Czarkowski.

Chwycił ster i trzyma go do dziś. Na początku drużyna musiała grać w drugiej lidze. Ale już pierwszy rok pod rządami spółki przyniósł awans. Później zdarzył się ostry zakręt, gdy brakowało pieniędzy na wpisowe. Garstka kibiców pikietowała pod Urzędem Miasta. W sumie bezskutecznie. I zapadła już nawet decyzja o wycofaniu się z rozgrywek! Gdyby do tego doszło, drużyna musiałaby zaczynać całą ligową drogę od samego dołu. Na szczęście krach basketu zażegnał nieodżałowany Ludwik Miłkowski. Koszykarski Zastal miał w nim przyjaciela, kibica, sponsora, doradcę. Miłkowski wyłożył kasę na wpisowe. I zastalowski pociąg z wolna pojechał dalej ku przyszłej, lecz zupełnie niewyobrażalnej wtedy sławie.

Żadnej pracy się nie boję

Spółka gnieździła się w tzw. domku klubowym. Dzieliła piętro ze Stowarzyszeniem Koszykówki Młodzieżowej, na dole pomieszkiwali zawodnicy, a u góry jeden z trenerów.

Czarkowski był w klubie prezesem i jedynym pracownikiem od wszystkiego. Pomagał mu Krzysztof Machalica, który jednak miał swoje etatowe obowiązki. To było kilka lat zastoju. Drużyna nie rozwijała skrzydeł i nie spełniała marzeń o awansie m.in. dlatego, że samorządy nie mogły dokładać kasy na sport spod szyldu sportowych spółek akcyjnych. Jednak ten układ się zmienił wraz z pojawieniem się hasła promocja miasta poprzez sport. Prezydent miasta nie szczędził grosza na Zastal. I znów zaczęło się pukanie koszykarskiej Zielonej Góry do bram ekstraklasy.

W nowej arenie

Walka o awans szła jednak jak po grudzie. Czarkowski musiał w tym okresie załatwić najtrudniejszą dla niego sprawę: zwolnić z pracy trenera, a jednocześnie przyjaciela - Tadeusza Aleksandrowicza. Zadanie postawione "Aleksowi" zrealizował jego następca - Tomasz Herkt.

Rany, jak dobrze się stało, że awans tak długo nam się nie udawał - mówią dziś zarządcy klubu. - Ktoś u góry musiał nad tym czuwać - przekonuje Czarkowski. Czuwać nad tym, by Zastal wygrał najważniejsze mecze dopiero wtedy, gdy na koszykarzy czekała już nowa miejska arena. Prezes przyznaje, że on i całe środowisko popełnili wtedy błąd, wołając zgodnie o nową halę z trybunami na trzy i pół tysiąca widzów. Całe szczęście, że ten głos nie został wysłuchany. Powstał w mieście obiekt pięciotysięczny, a zielonogórscy koszykarze zyskali w nim największą widownię w Polsce spośród wszystkich drużyn, które grają w sportach halowych!

Zastalowiec wyprowadza się ostatni

W CRS zespół sięgnął po pierwszy medal i zaczął wielką przygodę z europejskimi pucharami. Ale w Europie dał się poznać już nie jako Zastal Zielona Góra, tylko Stelmet. Gdy w styczniu Stelmet przechodził prawdziwy europejski chrzest, wygrywając mecz drugiej fazy Pucharu Europy z Cajasolem Sewilla, trwała przeprowadzka siedziby klubu z biurowca Zastalu do centrum handlowego na os. Pomorskim. I tak oto basket z Zielonej Góry zamknął za sobą pewien etap. Zerwał resztkę zastalowskich korzeni, na dobre wszedł do Europy.

Nowa siedziba klubu działała już w najlepsze, jednak prezes Czarkowski stale przyjeżdżał do starej. Do biurowca przy Sulechowskiej, z którego rozpościera się widok na rozległe tereny fabryczne. Prezes przeprowadził się jako ostatni. To była dla niego symboliczna zmiana. - Moje nazwisko pojawiło się w Zastalu bodaj w 1978 r. Znałem fabrykę jak kieszeń. Uczestniczyłem w jej prywatyzacji, bywałem tu pomagierem i przewodniczącym rady nadzorczej. Dziś ciężko mi ot tak stąd odejść - tłumaczył.

Raphael na wiele lat w Europie?

Na stronie Eurocup pojawiła się wizytówka Stelmetu. Fani basketu w całej Europie mogli przeczytać opis wzlotów i upadków klubu. I że start do ostatniego wzlotu zainicjował prezes Raphael Czarkowski. W finalnej ocenie redaktora publikacji na stronie Eurocup Zielona Góra została skazana na to, by na długie lata zająć miejsce wśród dobrych europejskich klubów.

Czy to się rzeczywiście stanie? Ambicje zarządców Stelmetu są spore. - Mistrzostwo Polski, Euroliga to już nie są abstrakcyjne hasła - przyznaje prezes. Paradoks polega na tym, że w dobie dość dużego kryzysu gospodarczego zielonogórska koszykówka bije swój budżetowy rekord.

Są dni, kiedy mówię dość

W nowej siedzibie prezes zaczyna dzień tak samo - od przeglądu informacji gospodarczych z regionu, Polski, świata, kursów walut. Jak płachta na byka działa na niego informacja, że wzrasta bezrobocie. Te firmy, które zwalniają ludzi, nie wydadzą pieniędzy na reklamę poprzez sport. To niemal pewne. Dlatego w przyszłość trzeba jednak spoglądać ostrożnie. A jednak zielonogórska koszykówka ma swoje pięć minut. - Dziś w Polsce mówi się, że to u nas jest centrum i najlepszy ośrodek. Niech to trwa i idzie do przodu! - życzy sobie i nam prezes.

Oprócz zielonogórskiej drużyny Czarkowski najchętniej ogląda ligę hiszpańską, a pomija NBA. U Hiszpanów oprócz gry w koszykówkę podziwia reakcje trybun. - Nasi kibice, nie powiem, stają na wysokości zadania. A jednak tam to dopiero jest żywioł, fiesta - opowiada.

Są dni, gdy prezes ma dość basketu. Nie tyle porażki, ile reakcje, które wywołują, załamują go. - Po przegranej pojawi się 150 napastliwych komentarzy, a po wygranej 30. Każdy już umie w Zielonej Górze zbudować drużynę. I po jednym nieudanym meczu wsadzić trenera w samolot. Tego nie pojmuję! Chciałbym, żebyśmy w Polsce trochę zmienili podejście do życia - wyznaje. - Umieli się bawić.