Trzecia kwarta zabija nadzieję, czyli jak Stelmet nie zdobył Krasnodaru

W środę w porze późnego podwieczorku kibice Stelmetu Zielona Góra dostali koszykarski smakołyk. Skazywani na pożarcie goście meczu rozgrywanego w Krasnodarze w pierwszej połowie ani na krok nie odstawali od bogatego Lokomotiwu. Mało! Stelmet częściej prowadził. Ale nie był w stanie utrzymać tego w drugiej połowie, gdy koszykarze Lokomotiwu zawzięli się do obrony i okazali potęgę ataku.
Całe szczęście, że pieniądze nie grają w basket. Gdyby tak było, Stelmet w ogóle nie powinien wybierać się na mecz drugiej fazy Pucharu Europy z Lokomotiwem Kazań Krasnodar. Gospodarze przed sezonem pozyskali Nicka Calathesa i Aleksa Marica ze słynnego Panathinaikosu Ateny, a drużynę wzmocnił także mający za sobą ponad 170 występów na parkietach NBA Derrick Brown.

Pomysł Rosjan na ograniczenie poczynań zielonogórzan był prosty. Otoczyć szczególną opieką Waltera Hodge'a, natomiast w ataku wykorzystać swój olbrzymi potencjał. Nick Calathes, stary znajomy Portorykańczyka z uczelnianej drużyny Florida Gators, grał po profesorsku. Z łatwością mijał naszych obrońców i kończył akcje spod samej obręczy. Gdy rywal wyrastał mu na drodze, to znajdował kolegów na otwartych pozycjach. Rosjanie grali w pierwszej kwarcie trochę bardziej zespołowo i prowadzili 23:19.

Z minuty na minutę jednak gra gości w ataku wyglądała coraz lepiej. Quinton Hosley po głupiej stracie już po niecałych czterech minutach powędrował szybko na ławkę, ale w drugiej kwarcie trener Mihailo Uvalin ponownie dał mu szansę. I to właśnie Hosley trzymał Stelmet w grze w drugiej połowie. Amerykanin dwukrotnie powędrował "od wybrzeża do wybrzeża", znajdywał pod koszem Olivera Stevica, a kiedy trzeba było grał tyłem do kosza, jak rasowa piątka. W drugiej kwarcie rzucił aż 13 punktów, wyrównując swoją średnią z Eurocupu. Szybko rozkręcił się także Walter Hodge. Nazywany przez komentatora Wojciecha Michałowicza "kieszonkowym taranem" zawodnik, już w pierwszej połowie rzucił dwie trójki oraz penetrował kosz w charakterystycznym dla siebie stylu na lewą rękę. W drugiej kwarcie zielonogórzanie prowadzili już 33:28. Trener Lokomotivu niepokoił się, prosił o czas, desygnował z powrotem na boisko Calathesa - ten rzucił 15 punktów do przerwy i rozdał aż 7 asyst. Lokomotiv odrobił część straty, jednak Hosley nie pozwolił im na więcej, niemal samodzielnie broniąc wyniku. Gdy obie drużyny schodziły na przerwę Stelmet wygrywał 49:47.

Strasznie chcieliśmy, żeby zaskakujące wieści z Krasnodaru, które były aktualne po pierwszej połowie meczu, nabrały rozmachu sensacji po drugiej połowie. Niestety, już na początku trzeciej kwarty Lokomotiw wysłał do bólu czytelny sygnał. Cały przekaz zawierał się w jednym krótkim haśle: obrona.

Skończyły się szarże gości, przeminęło prowadzenie, a nadzieje gasły w rytmie przeplatanki: zastopowany atak zespołu z Zielonej Góry (strata lub chybiony rzut), skuteczna kontra gospodarzy z Krasnodaru.

Gościom czasami udawało się jeszcze wyprowadzić kogoś wyczyszczoną pozycję. Tyle że skuteczność przestała porywać. Za pod koszem Stelmetu zawodnicy Lokomotiwu nie okazywali litości. Jeśli zielonogórscy graczy nie zdążyli zorganizować się w defensywie, płacili! I pod koniec trzeciej kwarty tracili do gospodarzy już przeszło 10 punktów. Uniknęli pogromu. Stąd nie wypadało zgłaszać się do pucharowych debiutantów z pretensjami. Wszak Krasnodar to rutyna, miliony Euro w budżecie, krotko mówiąc - europejska potęga. Niemniej ta pierwsza połowa zostawiła w sercach fanów polskiego zespołu odrobinę.

Co się zmieniło, że nadzieje przyszło porzucić? Przede wszystkim Stelmet nie był w stanie odpowiedzieć rywalom równie dobrą obroną. Coś jeszcze? Hodge chyba zapłacił za swój weekendowy popis w PLK i zabrakło mu paliwa na drugą cześć gry. Możliwe też, że uraz z końcówki pierwszej połowy Hosleya okazał się dokuczliwy, bo po zmianie stron Amerykanin, który błyszczał, zgasł. Najpierw popełnił gruby błąd. Po tym rozsiadł się na ławie. Błyskotliwie wrócił w ostatniej części spotkania. Gdy trafił z dystansu, zielonogórzanie przegrywali tylko 71:78. Przy czym - znów trzeba użyć słowa - tylko na chwilę. Lokomotiw przez kilka minut finiszował zabójczo skutecznie. Śrubował liczbę asyst i trafień. I nawet, gdy po tym tracił koncentrację, a Stelmet bił się dzielnie, naciskając ze wszystkich sił, już nie było odwrotu od rozstrzygnięcia korzystnego dla faworyta. Po meczu Nick Calathes i Walter Hodge mieli udać się na przyjacielską kolację. W Zielonej Górze Hodge zrewanżuje się pewnie tym samym i miejmy nadzieję, że wtedy to on będzie w lepszym nastroju.

LOKOMOTIW KUBAŃ KRASNODAR - STELMET ZIELONA GÓRA 96:87

KWARTY: 23:19, 24:30, 24:11, 25:27

LOKOMOTIW: Jasaitis 21, Calathes 20, Kalenietis 20 (4), Brown 12, Maric 9 oraz Zubkov 7, Bykov 5 (1), Savrasenko 2, Likhodey 0.

STELMET: Hosley 22 (2), Hodge 13 (2), Stevic 15, Borovnjak 13, Chanas 3 (1) oraz Jones 8, Cesnauskis 6, Seweryn 5, Sroka 2.