Za zdobycie Aten koszykarze Stelmetu zapłacili Kotwicy

Kołobrzescy gracze gratulowali sobie sukcesu, gdy na boisku toczył się jeszcze sobotni mecz Tauron Basket Ligi ze Stelmetem Zielona Góra. Chociaż goście przyjechali do Kołobrzegu opromienieni pierwszym w historii klubu zwycięstwem w Eurocup z triumfalnej wyprawy do Aten, to z Kotwicą polegli, męcząc się w nieudanym pościgu. A gonić musieli, bo zbyt lekko potraktowali początek gry.
Właśnie na początku goście pozwoli przeciwnikowi na zbyt wiele. Kołobrzescy koszykarze wiedzieli, że napotkają faworyta zmęczonego pucharem i przydługawą podróżą powrotną z Aten. Założyli zatem, że jedyną szansę na ogranie kandydata do podium mogą zyskać właśnie teraz, gdy ów kandydat przeplata ligę z Pucharem Europy. To dlatego Kotwica od startu nastawiła się na mocne tempo i intensywną obronę. Ale gospodarze najpewniej nie spodziewali, że dostaną w prezencie kilka minut do gry w łatwą i przyjemną koszykówkę. Naprawdę wielu zawodników z Kołobrzegu zasypywało kosz gości celnymi rzutami. Tymczasem goście przeszkadzali im momentami tylko symbolicznie. Skutkowało to kilkunastopunktową przewagą Kotwicy już pod koniec pierwszej kwarty. Poza miałkością zielonogórskiej obrony istotne prowadzenie wynikało także z imponującej skuteczności Kotwicy przy rzutach z dystansu. Pięć trójek gospodarzy, przy ledwie jednej pomyłce(!), to było dokładnie o pięć więcej niż rywali...

Jeszcze gorzej dla faworyta zrobiło się w drugiej kwarcie. - Gracze Stelmetu wyglądają tak, jakby w ogóle nie wiedzieli, o co chodzi - komentował na antenie TVP Sport Marek Rudziński.

Gdy Stelmet wreszcie zrozumiał, o co chodzi, poczuł, że to nie żarty, i pokazał, jak należy bronić, gdy wykonuje się swoją robotę serio, gospodarze do końca pierwszej połowy nie dorzucili już żadnej trójki. Ich wprawiająca w zdumienie 19-punktowa przewaga dość szybko poszła w zapomnienie. A faworyt pokazał, że także posiadł sztukę trzypunktowego wieńczenia ataków.

Prowadzenie różnicą 6 punktów już nie dawało Kotwicy komfortu. Niemniej gospodarze nie wystraszyli się tej szarży pościgu. Nie pękli wobec skutecznej serii Mantasa Cesnauskisa i poważnej presji obronnej Stelmetu. A nie pękli m.in. dlatego, że panowali w walce o zbiórki. Szukali szans na przetrwanie w dwójkowych akcjach ofensywnych. Z ulgą przyjmowali także pozycje na zdobycze z linii wolnych. Tu bili konkurentów o klasę. Na początku ostatniej części spotkania Kotwica miała wykorzystane 14 ze swych 15 wolnych. Goście, chociaż mogli zarobić w tej dziedzinie o wiele, wiele więcej, wrzucili - na ten sam moment - 18 z 30 prób z linii.

Chwilami ten mecz przypominał poprzednie ligowe starcie zespołu z Zielonej Góry. Gdy także Stelmet został zmuszony do pościgu za AZS Koszalin. Wtedy dopiął swego w ostatnich sekundach gry. W Kołobrzegu nadzieje zielonogórskich koszykarzy na odwrócenie ról i dogonienie rywali pojawiły się zaraz po starcie czwartej kwarty. Gospodarze ponieśli solidne straty kadrowe. Rafał Rajewicz i Piotr Niedźwiedzki złapali po piątym przewinieniu. Trener Tomasz Mrożek stracił tym samym całą polską obsadę podkoszowej pozycji. Jednak Kotwica znów wytrzymała napór. A za gwóźdź do porażki gości posłużyło zdarzenie, gdy Marcin Sroka nie chciał się pogodzić z werdyktem o swoim przewinieniu. Za manifest niezadowolenia oraz złości dostał jeszcze faul techniczny, który był także jego ostatnim, bo piątym w meczu. Co istotne, Kotwica zyskała na wygwizdaniu Sroki przywileje: dwa razy po dwa rzuty wolne oraz piłkę z autu. Wydobyła z tego nieomal maksa - sześć punktów. Zielonogórzanie potrzebowali sporo czasu i sił, żeby to odpracować. Ale czasu, sił, zgrania jakby brakowało. Na cztery i pół minuty przed końcem meczu drużyny dzieliła różnica pięciu punktów. I to był szczyt sobotnich możliwości Stelmetu.

Gra toczyła się jeszcze, gdy szczęśliwi zawodnicy Kotwicy przybijali sobie piątki, a kibice dziękowali im za trzecie ligowe zwycięstwo.

Czy Zielona Góra nie wytrzymała tempa pucharowo-ligowej przeplatanki? - Nie ma się co tłumaczyć podróżami. Po to mamy duży i mocny zespół, żeby te obowiązki godzić - nie szukał usprawiedliwienia Kamil Chanas, kapitan pokonanej ekipy. W środę zielonogórzanie wyjdą na boisko w Ostendzie. I wtedy także nie będą mogli się zasłaniać, że ledwie zdążyli wrócić z Kołobrzegu.

KOTWICA KOŁOBRZEG - STELMET ZIELONA GÓRA 85:73

KWARTY: 29:19, 20:24, 20:17, 16:15

KOTWICA: Mosley 22, Jefferson 18, Brown 8, Niedźwiedzki 4, Zyskowski 4 oraz Arabas 10, Rajewicz 6, Złoty 6, Djurić 5 Han 2.

STELMET: Hodge 21, Hosley 19, Chanas 6, Stević 5, Łapeta 4 oraz Stelmach Cesnauskis 13, Sroka 3, Jones 2, Matczak 0, Lopicić 0.