Sport.pl

Wkurzę tym wielu ludzi, a jednak już myślę, co będzie po mistrzostwie

- Gdy awansowaliśmy do ekstraklasy mówiliśmy, że wypada dążyć do medali oraz gry w europejskich pucharach. Naprawdę nie myśleliśmy wtedy, że stanie się to tak szybko. Co powiem dziś, tuż przed debiutem drużyny w EuroCup? Marzę o awansie do następnej rundy, Eurolidze i żebyśmy przy tym nie zbufonieli. Bo świat nam tego nie wybaczy - mówi nam właściciel koszykarskiego klubu z Zielonej Góry.
Andrzej Tomasik: Przed pierwszym z minimum sześciu pucharowych spotkań, w tym trzech we własnej hali, wie pan już, co się powinno zdarzyć, abyście debiut w EuroCup uznali za udany?

Janusz Jasiński, przewodniczący rady nadzorczej i właściciel większościowego pakietu akcji sportowej spółki akcyjnej, która zarządza drużyną Stelmetu Zielona Góra: - Nasza drużyna nie jest nudna. Przegrywać, też potrafi ładnie... Ale oczywiście marzą się zwycięstwa i awans do kolejnej rundy przy dobrej frekwencji na trybunach.

A może tak tylko wypada mówić, ale w rzeczywistości - wobec ligowych porażek, klasy rywali, wydatków na granie w Europie tak naprawdę w debiucie wystarczy pierwsza faza grupowa?

- Awans do kolejnej rundy dałby Zielonej Górze i naszemu klubowi już takie naprawdę znaczące miejsce w koszykarskiej Europie. A wydatki są największe na samym wstępie. Kolejna runda już ich nie potęguje. Awans byłby dla nas z każdej strony korzystny: prestiżowo, sportowo i finansowo. Klasę rywali oczywiście doceniamy. Ale może w powszechnym odbiorze za mało cenimy własną? Bo przecież o mały włosy wygralibyśmy z Asseco Prokomem, zespołem euroligowym. Przedsezonowe sparingi też pokazały, że nie jesteśmy daleko od tych, którzy przywykli do grania w Europie. Z niektórymi nawet wygrywaliśmy.

Szybko to się stało. Ledwie awansowaliśmy do ekstraklasy. Gdy opowiadał pan przy tej okazji o kilkumilionowym budżecie i ambitnych celach: medalach, pucharach, ludzie pukali się w czoło. To, co się dzieje, dzieje się pod kontrolą, czy też wymknęło się, wyprzedziło wasze plany i marzenia spełniają się za szybko?

- Gdy opowiadałem o budżecie, medalach, pucharach, wierzyłem, że to się stanie. Jednak na pewno nie sądziłem, że stanie się tak szybko. Cóż, od początku sprzyjało nam szczęście. W pierwszym sezonie trafiliśmy na dobrych zawodników. Chris Burgess grał dla nas dobrze, widowiskowo i był charyzmatyczny. Walter Hodge, który został z nami do dziś, szybko podbił ligę. Wygraliśmy kilka spotkań. Zielona Góra stała się fajnym koszykarskim ośrodkiem. Tak byliśmy postrzegani. Zrobiło się o nas głośno. Później liga okrzepła, my spuchliśmy. Ale szczęście już nas nie opuszczało. Bardzo dużo zawdzięczamy atmosferze wśród kibiców. Prezydent miasta wiele nam pomógł i dalej pomaga. A ogromną rolę w tym wszystkim odegrała hala, która wyrosła w Zielonej Górze. Bo bez hali nie ma produktu. A jak nie ma produktu, to nie ma pieniędzy. Ktoś się może obrażać, że używam słowa produkt w odniesieniu do grupy ludzi. Ale dziś produktem jest szkoła, przedszkole, koncert. Sport także.

W kolejnym sezonie zielonogórska koszykówka to już był produkt na brązowy medal. Szczęście was nie opuszczało, ale już było podparte solidnym budżetem.

- Tak. W ubiegłym sezonie mieliśmy dobry budżet. Ktoś dziwił się, że ten budżet nie był dopięty, gdy zaczynaliśmy grę. Ale tak się robi. Czy u mnie w sklepie, czy u państwa w Gazecie szacuje się np. liczbę klientów na bazie poprzedniego roku. Spodziewamy się, że oni znów się pojawią, a jednak pewności mieć nie możemy. W tym roku działamy podobnie, a budżet zapowiada się dużo ciekawiej.

Padały już pogłoski, że to 7,5 mln zł.

- Więcej. 8 mln zł, a może nawet dojdziemy do 9 mln. Pod koniec sezonu kontrakty zawodników stają się umowami tygodniowymi. Jeżeli grasz w lidze do końca o najwyższe cele, twój sezon trwa długo. Organizujesz mecze, które cieszą się wzięciem widzów, sprzedajesz dużo biletów, ale wypłacasz zawodnikom kolejne tygodniówki, wynikające z kontraktów.

Skąd na skromnym zielonogórskim rynku klub wydobywa 9 mln zł?

- Stale dążę do modelu opartego na trzech nogach finansowania: jedna trzecia sponsorzy, jedna trzecia kibice, jedna trzecia miasto. Ale w tym sezonie tego nie uda się zrównać. Najwięcej dadzą sponsorzy.

9 mln zł to jeden z dwóch najwyższych budżetów w lidze?

- Sądzę, że kilka klubów w Polsce ma dużo wyższe budżety. Natomiast my możemy mieć najwyższy pod względem procentowego udziału w całościowym budżecie płac dla zawodników i trenerów. Taki jest zresztą nasz cel. Założyliśmy, że chcemy mieć lekką strukturę wewnętrzną. Ale zawodnicy i trenerzy to nie jest nasz koszt. My na nich zarabiamy. I tu nie możemy oszczędzać.

Wychodzi na to, że możecie być klubem organizacyjnie słabym, sportowo mocnym?

- Sportowo nie wszystko poszło po naszej pierwotnej myśli. Jesteśmy jeszcze w takiej roli, że musimy przepłacać polskich zawodników. Zielona Góra to nie Trójmiasto. Nie mamy morza, piaseczku, tego blichtru. Kilku zawodników, z którymi rozmawialiśmy, dziś gra w innych klubach i - co mnie boli - za mniejsze pieniądze niż my im proponowaliśmy. Co boli mnie dodatkowo, kilku z nich już w tym sezonie nas ukłuło. Morza już tu nie przyciągniemy. Dlatego musimy sprawić, żeby gra w naszym klubie dobrze robiła zawodnikowi w CV. Dziś do takiej marki sportowo nam jeszcze brakuje. Pocieszam się, że Ukraina musi przepłacać jeszcze bardziej. A nasza organizacja na pewno nie jest idealna. Trzeba ją stale poprawiać. Słuchać uwag i ulepszać. Zmieniamy się. Chcemy np. lepiej zorganizować siedzibę klubu. Dlatego przeprowadzamy się. Wkrótce klub będzie się mieścił na terenie nowego centrum handlowego Intermarche przy os. Pomorskim. Tam będzie lepsza komunikacja z kibicami, większy metraż, funkcjonalny rozkład pomieszczeń. Dziś jest jak w ulu. Wszyscy w jednym miejscu. Po kilku minutach ja wysiadam. A nowa siedziba będzie bardziej otwarta na klientów, zagwarantujemy lepszą obsługę.

Duże pieniądze tworzą dużą presję, o której ostatnio sporo opowiada trener Mihailo Uvalin i zawodnicy.

- Musimy się nauczyć nowej roli, w jakiej nas świat stawia - roli faworyta. Ta rola jest dużo trudniejsza do wytrzymania i zapanowania nad emocjami, szczególnie po przegranym meczu. Ale nie mamy planów, żeby wszystko wygrać. A trenera chyba bardziej zdenerwował styl porażki z Treflem Sopot niż sam niekorzystny rezultat. Wyciągniemy wnioski. Mówi się, że mądry Polak po szkodzie. Ale Serb chyba także. Oczywiście, czasami zdarza się tak, że wszystkie składniki w zupie są dobre, a na koniec smak zupy wychodzi niezjadliwy. Dziś ta uwaga nie odnosi się jeszcze do naszej nowej drużyny. Wydaje się, że klocki są dobre. Trzeba je teraz dobrze poskładać. Mamy na to czas. Może się okazać, że coś zostało nie tak dobrane. I korekty będą potrzebne. Przerabialiśmy to w ubiegłym sezonie. I na koniec efekt wyszedł dobry. Tym razem będzie trudniej. Bo liga, co sobie trzeba powiedzieć wprost, pozatrudniała lepszych trenerów. Poczekamy. To, co się teraz dzieje, należy do etapu przygotowań. Najważniejsze rzeczy w lidze dzieją się wiosną. Wtedy trzeba dźwigać presję. I to jest właśnie coś, za co płaci się takie duże pieniądze zawodnikom. Najlepsi z nich są drodzy, bo dźwigają bagaż oczekiwań, które spadają zewsząd. W pierwszym sezonie wystarczyło, byśmy ambitnie walczyli. Ludzie bili brawo i dziękowali za to, cokolwiek ugraliśmy, bo niemal w każdym meczu faworytem był nasz rywal. Dziś mamy inną sytuację. My jesteśmy faworytem i oczekujemy od drużyny konkretnego miejsca.

Jest wam w tej nowej roli trudniej i jednocześnie łatwiej? Zielonogórska koszykówka urosła do rangi popularnego przedsięwzięcia. Ale potknięcie drużyny może zatrzymać lot w górę?

- Łatwiej jest od strony praktycznej. Nie zastanawiamy się, jak bywało kiedyś, czy jechać na mecz z noclegiem. Wynajmujemy 11 mieszkań w mieście. Spełniamy kaprysy zawodników. Utarło się tak, że w polskiej lidze należy się socjal - samochody do dyspozycji itp. Nasza drużyna ma komfortowe warunki. Mimo że organizacja jest skromna, zyskaliśmy trochę ludzi do pracy. Ogarniamy więcej projektów. Obsługujemy większą grupę kibiców, którzy w biznesowym ujęciu są naszymi klientami. Musimy o nich dbać. Dopóki jest sukces, dopóki wyniki idą w górę, wszystko jest OK. Ale w sporcie tak już bywa, że po fali wznoszącej zaczyna się spadanie. Im później nas to dotknie, im bardziej przed tym okrzepniemy, tym łatwiej będzie nam to znieść i się obronić. Boję się, żeby nie narazić drużyny na żadne złe rzeczy. Otaczamy się mądrymi agentami. Nie chcemy się uzależnić od jednego sponsora. Mamy tego swojego strategicznego. Ale innych, mniejszych szanujemy na równi. Przy tej sponsorskiej okazji powiem - trochę mi szkoda, że zielonogórska firma Milenium [sieć zakładów bukmacherskich - red.] postanowiła zostawić swoje pieniądze tylko w PLK. My z tego nic nie mamy. Nie czuję się z tym dobrze. Super, że są w koszykówce. Szkoda, że nie z naszym klubem.

Jednak do sponsorów także macie szczęście.

- Dzięki temu gramy o medale i w debiutujemy w pucharze. Ważne, żebyśmy teraz w tej w atmosferze nie zbufonieli. Bo świat nam tego nie wybaczy. Musimy mieć cały czas kontakt z rzeczywistością. Na pewno popełniamy błędy. Nie popełniają ich tylko ci, którzy nic nie robią. Pewnie zdarzyło się już, że kogoś do siebie zraziliśmy. Nasza najważniejsza zasada jest jednak taka, że koszykówka w Zielonej Górze to ma być fajny produkt, który nikogo nie będzie antagonizował. Koloru politycznego też nie mamy żadnego. Mocno tego chcemy przestrzegać. Dzięki temu pomagają nam wszyscy.

Ceny biletów na mecz z Uniksem Kazań były jednym z błędów?

- Bardzo mnie bolą głosy, że jesteśmy wyegzaltowani. Głęboko się nad tymi cenami zastanawiamy. Puchar Europy m.in. tym różni się od ligi, że jest wydarzeniem wyjątkowym. W Zielonej Górze nie wydarzył się nigdy. Dlatego cena też jest wyjątkowa. Czy mecz z Kazaniem powinien być tyle samo warty, ile mecz np. z Jeziorem Tarnobrzeg, przy zachowaniu pełnego szacunku dla tarnobrzeskiej drużyny? Uważam, że nie. Na pełną halę nie liczę, ale dużą frekwencję tak. Co, jeśli się pomylę? Takie ryzyko zawsze istnieje. Po Kazaniu podejmiemy decyzję, co z następnymi meczami. Dziś zachęcam ludzi do przyjścia. Pierwszy raz przyjeżdża do nas wielki świat. A my musimy budować grupę odbiorców i bywalców w hali CRS spośród 600 tys. osób, które mieszkają wokół Zielonej Góry i w Zielonej Górze.

Transmisja telewizyjna nie kłóci się z planem na pełną halę?

- Nie bronimy się przed telewizją, natomiast zawsze o telewizję zabiegamy. Ponieważ mocno myślimy o tym, by stać się klubem ogólnopolskim. I mieć drużynę interesującą dla kibiców w tych polskich miastach, gdzie nie ma silnych klubów. Tak jak interesujący był kiedyś Prokom.

To może lepszym przykładem niż Asseco byłby czasy świetności Śląska Wrocław? Naprawdę myśli pan, że możemy zabrnąć tak wysoko? To nie są zbyt śmiałe myśli?

- Wkurzę wielu ludzi tym, co powiem. Ale ja już dziś się zastanawiam, co się stanie, jeśli my faktycznie zdobędziemy mistrza Polski i ktoś nam zaproponuje grę w Eurolidze? Co ja wtedy powiem? Że nie wystartujemy, bo jesteśmy za słabi organizacyjnie. Nie chcę takiej sytuacji. Jak spojrzymy zawodnikom i kibicom w oczy, jeśli coś wywalczymy, a organizacyjnie nie dorośniemy? Trochę się martwię, bo w Eurolidze mówi się o halach na 10 tys. Jednak z drugiej strony do EuroCup też nie dostaliśmy się - jak to się mówi - z urzędu. Myśmy to miejsce wywalczyli sobie niejako w dogrywce. Sami się o to staraliśmy. Jeździliśmy, przekonywaliśmy. Mieliśmy po swojej stronie argument największej widowni w Polsce. I dopięliśmy swego.

Jeżeli pucharowy debiut przemieni się w pasmo klęsk, przestanie pan sięgać marzeniami do Euroligi?

- Nie. I nie zapominam jeszcze o lidze VTB, która jest wzorowo zorganizowana i powinna być przykładem dla polskiej ekstraklasy. A my znamy swoje miejsce w szeregu. Wiem, że teraz możemy odpaść w pierwszym etapie EuroCup. Dla nas priorytetem jest liga, mówiąc wprost - mistrzostwo Polski. Nie mamy szafy pełnej medali. Uwzględniwszy pewną kontynuację, możemy okazać jedno czwarte miejsce, jedno trzecie. To - póki co - wszystko. Jesteśmy głodni sukcesów. I jeszcze parę ładnych lat będziemy bardzo głodni.

Więcej o:
POPULARNE
NAJNOWSZE
" /> Zbigniew Boniek zdradza kulisy pożegnania Piszczka: Piłkarze dogadali się ze Słoweńcami [SEKCJA PIŁKARSKA #29] <div id= 
"/> Zbigniew Boniek zdradza kulisy pożegnania Piszczka: Piłkarze dogadali się ze Słoweńcami [SEKCJA PIŁKARSKA #29]
 
  • Kolejne kluby chcą Łukasza Podolskiego! Górnik Zabrze będzie musiał walczyć Kolejne kluby chcą Łukasza Podolskiego! Górnik Zabrze będzie musiał walczyć
  • Legia Warszawa odrzuciła 5 milionów euro za swojego piłkarza! Wschodząca gwiazda Legia Warszawa odrzuciła 5 milionów euro za swojego piłkarza! Wschodząca gwiazda
  • Wisła inauguruje Puchar Świata w skokach po raz ostatni? Wisła inauguruje Puchar Świata w skokach po raz ostatni? "Koszt byłby o trzy czwarte niższy"
  • Jose Mourinho w mistrzowskiej formie na pierwszej konferencji! Co za odpowiedź Jose Mourinho w mistrzowskiej formie na pierwszej konferencji! Co za odpowiedź