As Uniksu grał kiedyś w Tarnowie. Trener go wyrzucił

Za każdym razem maleńki gazetowy skauting zaczynamy od pozycji rozgrywającego. W środę generałem rosyjskiego Uniksu będzie gość, który swoje pierwsze koszykarskie belki zdobył 10 lat temu... w Tarnowie.
Terrell Lyday przyjechał do Tarnowa jako 22-letni młodzieniec, absolwent uniwersytetu Brigham Young, który słynie z rygorystycznych religijnych zasad zabraniających studentom uprawiania przedmałżeńskiego seksu.

Za to w ubiegłym roku z koszykarskiej drużyny wyleciał gwiazdor Brandon Davies. Taka mała dygresyjka. Wracajmy do Lydaya. Mierzącym 190 cm obrońcą interesowali się wstępnie Toronto Raptors, ale ostatecznie wylądował w Tarnowie. Też na T. Od razu dał się poznać, jako gość o nieprzeciętnym strzeleckim talencie. - Po przerwie kibice obserwowali pojedynek snajperski Terrella Lydaya z graczami Trefla. Koszykarz Azotów trafiał praktycznie z każdej pozycji, ale rywale dysponujący doświadczonym składem ze spokojem powiększali przewagę - czytamy w relacji "Gazety" sprzed dziesięciu lat.

Gdy Lyday miał dzień, nie było w lidze na niego mocnych. Niestety, sukcesy indywidualne gracza średnio przekładały się na sukcesy zespołu. Lyday odchodził z Tarnowa w dość niecodziennych okolicznościach. Decyzję o pozbyciu się najlepszego strzelca podjął ówczesny trener Ryszard Żmuda. - Ten zawodnik o przeciętnych umiejętnościach po prostu psuł atmosferę w drużynie i robił sobie z nas żarty. Poza tym rzadko był do mojej dyspozycji. Ciągle narzekał, przeważnie na bóle brzucha. Najbardziej interesował się, czy dostanie wypłatę, reszta obchodziła go w znacznie mniejszym stopniu. Jego zachowanie przekroczyło granice mojej wytrzymałości i podjąłem ostateczną decyzję w tej sprawie - czytamy w archiwum Polskiego Kosza. Bóle brzucha? Narzekania na polskie śniadania wśród amerykańskich graczy znamy z własnego podwórka. Kłopoty z dostaniem wypłaty? - któż z koszykarzy zagranicznych ich nie miewał. Szkoda, że nie wiemy, jakie żarty z trenerskiego warsztatu Żmudy robił sobie Lyday. Amerykanin zagrał w 21 meczach Azotów, rzucił w sumie 257 punktów i sezon dokończył w tureckim Galatasaray Stambuł. Później przeniósł się do Francji.

W zespole Choletu Basket był już prawdziwą gwiazdą, której w pucharze ULEB obawiali się gracze Trefla Sopot. - Tacy koszykarze jak Lyday grają na ogół indywidualnie i nie zawsze jest to z korzyścią dla drużyny. Ich popisowa gra czasami nie wystarcza do wygranej - mówił dla trójmiejskiej "Gazety" trener Eugeniusz Kijewski. Na pytanie, kto zatrzyma Lydaya, odpowiedział: - Pacesas jest niezłym obrońcą. Udało się. Strzeleckie popisy Lydaya zatrzymały się na 14 punktach. Amerykanin po przygodzie we Francji grywał jeszcze w zespołach słynnego Asvelu Villerbaune, Uralu Great Perm oraz Benettonu Treviso. Po trzydziestce, jak powinien chyba zrobić każdy facet, ustatkował się nieco i osiadł w Kazaniu, z którym przed sezonem podpisał nowy dwuletni kontrakt. W Rosji miał okazję do rewanżu na starym rywalu z Polski. Sopot przyjechał w ubiegłym roku już jako Asseco Prokom Gdynia na mecz Euroligi i skompromitował się na całej linii. Przegrał 68:41. Lyday rzucił wtedy 12 punktów - a największa gwiazda drużyny, legenda Śląska Wrocław - Lynn Greer prawie w ogóle nie musiał wychodzić na parkiet.

Amerykanin w Kazaniu jest już od czterech lat. W ubiegłym roku pomógł drużynie wywalczyć Eurocup w ubiegłym roku, a w tych rozgrywkach zdobywał średnio 15,7 punktów. Został wybrany do pierwszej piątki rozgrywek. Jego klubowym koleżką był wtedy Maciej Lampe. Teraz, gdy w drużynie nie ma już Greera, to 33-letni Lyday jest pierwszoplanową postacią.

Czy poradzi sobie z nim Walter Hodge? On też marzył o europejskiej karierze, ale na razie wystarcza mu status gwiazdora naszej ekstraklasy. W środę przekonamy się, jak wypadnie na tle starszego o siedem lat i wyższego o siedem centymetrów przeciwnika.