20 lat po ekstraligowym debiucie. O czym wtedy marzył Piotr Protasiewicz?

Kto wymyślił start żużlowych rozgrywek na 29 marca? Tak 20 lat temu pomyślało wielu kibiców zielonogórskiej drużyny spoglądając za okno. Jest niedzielny poranek, na ulicach śnieg, a przecież za parę godzin zespół Morawskiego Zielona Góra - mistrz Polski - ma rozpocząć ligowy sezon w Częstochowie.
Jechać pod Jasną Górę, czy nie? Ten dylemat pojawia się w wielu domach. Jedni decydują się, inni wracają do łóżek, przekonani o tym, że tym razem musi zwyciężyć pogoda. Ale chyba nikomu nawet przez myśl nie przechodzi, jak ważny to dzień dla człowieka, który w przyszłości bardzo zmieni oblicze nie tylko zielonogórskiego żużla.

17-letni Piotrek w zasadzie dopiero uczy się jeździć na żużlu. Oczywiście, jak każdy młody chłopak dosiadających żużlowej maszyny, marzy o podboju światowych torów. Z pewnością myśli też o tym w drodze do Częstochowy. W składzie meczowym Morawskiego znalazł się trochę przypadkowo. A właściwie przez nieszczęście klubowego kolegi, innego juniora Tomasza Kruka. O dwa lata starszy, bardziej doświadczony młodzieżowiec doznał kontuzji zanim sezon się rozpoczął.

Piotr z kamienną twarzą przekracza próg częstochowskiej areny "Lwów", nie jest w stanie ukryć zdenerwowania. Wokół niego przecież mnóstwo ekstraligowych sław, młodzieńcowi trudno odnaleźć się w doborowym towarzystwie. Po raz pierwszy w życiu został wysłany na głęboką żużlową wodę. Oby tylko nie pójść na dno - wydaje się, że zielonogórski młokos o niczym innym nie myśli podziwiając lśniące i kolorowe motocykle zagranicznych asów obu drużyn. Przebiera się w sporo za duży, "szaro-bury" kombinezon, na plecy zakłada plastron z "czwórką", a to oznacza, że wystartuje już w drugim wyścigu. Wcześniej wychodzi do przedmeczowej prezentacji. Niby wszystko to już zna, ale przecież tylko z obserwacji. Teraz znalazł się w środku czegoś, co jeszcze kilka dni temu ciągle pozostawało w sferze marzeń. - A może jednak nie pojedziemy? - zastanawia się Piotr spoglądając na ciemne chmury głębiące się nad stadionem. Nic z tego, pogoda póki co "nie ratuje" 17-latka. Musi jechać, choć gdy wyjeżdża na tor już pada śnieg. Czwarte pole startowe, taśma idzie w górę, junior Morawskiego nie ma szans "zabrać" się ze zdecydowanie starszymi rywalami, sztywno wchodzi w łuk, bardzo daleko za pozostałą trójką. Ale ma cel - dojechać do mety. Dojeżdża ostatni, ale nie przegrany! Bo z wyścigu wykluczony zostaje jeden z liderów gospodarzy Bobby Ott. Amerykanin mknął do mety po zwycięstwo, ale po drodze jego motocykl zgubił tłumik, a w zgodzie z regulaminem na takim sprzęcie ścigać się nie wolno. Niezadowoleni miejscowi kibice nie mają wyboru, w programach zawodów przy nazwisku PROTASIEWICZ muszą wpisać: 1 pkt. Pierwszą zdobycz młodego zielonogórzanina, w pierwszym wyścigu pierwszego ligowego meczu w karierze.

Śnieg pada coraz mocniej. Sędzia ponagla zawodników do kolejnych startów. Piotr Protasiewicz nie ma szans ochłonąć z wrażenia, za chwilę znów jest wołany na tor. Piąty bieg. Obok na starcie znów Bobby Ott, a do tego idol miejscowych Sławomir Drabik. Skoro jest idolem to nie wypada mu przegrywać, mknie po wygraną. Piotrek zostaje z tyłu, ale teraz musi jeszcze bardziej skupić się na tym, by nie spaść z motocykla, bo nawierzchnia jest już bardziej mokra. Spokojnie jedzie z tyłu stawki, ale oto znów pojawia się szansa na ligowy punkt, bo motocykl idola Drabika traci moc. Jedzie coraz wolniej. Czy "Protas" zdąży go wyprzedzić? Młodzieniec odważnie przyspiesza, za chwilę jest przed asem gospodarzy, ten ostatecznie nie dociera do mety. To nie sen, junior Morawskiego zdobywa drugi punkt. To koniec jego startów w meczu, po rozegranych w ekstremalnie trudnych warunkach jeszcze czterech wyścigach, sędzia przerywa spotkanie, zielonogórzanie wygrywają 36:18. Piotr Protasiewicz jest szczęśliwy, dumny i podekscytowany tym co się wydarzyło. Nie przeszkadza mu nawet ból tylnej części ciała, która mocno ucierpiała pod prysznicem w ramach sportowego chrztu, zgotowanego przez starszyznę drużyny.

Dziś "Protas" jest jednym z czołowych żużlowców świata, od prawie 20 lat znajduje się w ścisłej szpicy polskich zawodników. Ścigał się w zespołach z Zielonej Góry, Torunia, Bydgoszczy i Wrocławia. Do zielonogórskiego klubu wrócił w 2007 roku, poprowadził Falubaz m.in. do dwóch tytułów mistrza Polski. Kapitanie! Gratulujemy, dziękujemy i prosimy o kolejne chwile radości.