Kalinowski: W koszykówce najlepsze jest wygrywanie

- Za ostatni rok jestem trochę zły. Awans, nowa hala, tłumy widzów - to było szalenie miłe, ale ciągłe siedzenie na ławie już nie. Wypocząłem sobie... I ruszam w Polskę, by w końcu pograć. Dwa-trzy lata, potem zobaczymy
Jarek Kalinowski! Jarek Kalinowski! - tych okrzyków w zielonogórskiej hali chyba wszystkim będzie brakowało. 32-letni wychowanek Zastalu rozstaje się z Zieloną Górą. Nowe miejsce pracy znalazł w pierwszoligowej Spójni Stargard. Czy to ostatni przystanek w karierze? Kolejny powrót do Zastalu, o ile Zastal wytrwa w ekstraklasie, raczej się nie zdarzy.

Grał ojciec, grałem ja

Kiedyś było inaczej. Gdy młody Kalinowski stawał się ważnym graczem seniorskiej drużyny za czasów trenera Dragana Visnjevaca, szkoleniowcy i kibice nie wyobrażali sobie piątki bez "Kaliniaka", zacierali ręce na wielką karierę i kontynuację wspaniałych rodzinnych tradycji.

Przed laty Mirosław Kalinowski, ojciec Jarka, trafił do ekstraligowego Zastalu z Pogoni Prudnik jako król strzelców rozgrywek na zapleczu elity. I z Mariuszem Kaczmarkiem stworzyli duet wspaniałych rozgrywających. Kalinowski senior imponował trafieniami z dystansu. Ten dar stał też później znakiem firmowym syna. Karierę ojca przerwała i złamała poważna kontuzja ścięgna Achillesa. Czy inspirował syna i weryfikował etapy jego rozwoju? - Nie pchał mnie do sportu. To jakoś samo tak wyszło. Oczywiście, że pamiętam występy ojca w Drzonkowie. Ale proszę mnie nie pytać, czy stałem się lepszym zawodnikiem. Niech inni ocenią. Tata pieniądze z grania miał chyba takie sobie, dlatego z czasem zajął się biznesem. Gdy jeszcze grał, chodziłem z nim jako malec na treningi. Widziałem, jak dorośli faceci rzucają piłką do kosza, i po prostu też chciałem spróbować - opowiada o swoich koszykarskich korzeniach Jarek.

Rok wcześniej niż rówieśnicy trafił do zastalowskiej szkółki w grupie trenera Leonarda Siwickiego. I tak powoli, powoli przechodził przez wszystkie młodzieżowe szczeble szkolenia i rozgrywek.

Dar rzutu i rozumienia basketu

Od początku charakterystyczny był o tyle, że wzrost i predyspozycje spychały go raczej na pozycję numer jeden, ale duchem i skutecznością rzutu z dystansu ciągnęło go raczej na pozycję numer dwa. - Wiem, taki jestem i byłem, ni to jedynka, ni dwójka - przyznaje koszykarz mierzący 177 cm wzrostu. Może też dlatego nigdy nie sięgała po niego żadna kadra Polski juniorów czy kadetów. - Zresztą ja nawet nie jestem przekonany, czy mam jakiś szczególny talent do koszykówki. Gdybym wziął się np. za piłkę nożną, może też z tym samym nakładem pracy doszedłbym do poziomu ekstraligi - rozważa Kalinowski. Przy czym nie wypada mu przeczyć, że przynajmniej do rzutów za trzy punkty dostał dar od losu lub odziedziczył w genach po ojcu. Natomiast jego kolejni szkoleniowcy i fani Zastalu byli przekonani o talencie wszechstronnym. - On nie zawdzięczał niczego szczególnego temu czy innemu trenerowi, bo po prostu rozumiał koszykówkę - chwalił Siwicki. U Litwina Algirdasa Paulauskasa 19-letni Jarek był jednym z najważniejszych graczy w drużynie, która w 1998 r. wywalczyła dla Zielonej Góry awans do ekstraklasy. - Jarkowi nawet nie trzeba było nic tłumaczyć. Jak "wsiadał" na rywala, potrafił być natrętny jak mucha - określał Piotr Galant, który przejął zespół po Visnjevacu.

Hoop na ławę bogatego klubu

Niestety, akurat w tym okresie Zastal pogrążał się w biedzie. Spadał do pierwszej ligi, a rok później jeszcze niżej - do drugiej. Kalinowski zaś miał swoje pięć minut. Tak się przynajmniej wydawało. Najpierw w 1999 r. selekcjoner Piotr Langosz powołał go do składu szerokiej reprezentacji Polski seniorów. A jeszcze zanim Zastal pożegnał się z elitą, "Kali" błyszczał w lidze, prowadził zielonogórską drużynę m.in. do wygranej w meczu z gwiazdami Anwilu. Stało się jasne, że odejdzie do lepszego klubu.

Kontrakt do podpisania podsunął pod nos najbogatszy wówczas w Polsce Hoop Pruszków. Tyle że z grania w reprezentacji wyszły nici, a pruszkowski etap w karierze tym przystawał do ostatniego sezonu, że Kalinowski rzadko podnosił się z ławki rezerwowych.

Grał jeszcze później dla klubów z Bydgoszczy, Świecia, Kalisza i dwa razy wracał do Zielonej Góry. A wracał po to, bo pomóc zastalowcom w powrocie do ekstraklasy.

- W sumie moja koszykówka to z małymi wyjątkami balans między tymi klubami, który biły się o awans do elity, a tymi broniącymi się w ekstraklasie przed spadkiem. Czy mogłem osiągnąć więcej? Byłem średnim Polakiem w ekstraklasie. Tak to oceniam. Cieszę się, że na pewien czas wybiłem się z Zielonej Góry, pojeździłem trochę po Polsce. Niedosytu nie mam, najwyżej jakiś drobny, że gdzieś tam kiedyś mogłem wybrać inaczej, mieć nieco więcej szczęścia, parę złotych więcej zarobić, parę minut więcej pograć. Ale przecież mogło być też tak, że złapałbym poważną kontuzję i na wiele miesięcy wypadł ze sportu. Generalnie jestem zadowolony - zapewnia.

Rok z godziną gry i 10 próbami z dystansu

Zadowolenia na pewno nie mógł jednak dać ostatni sezon. Gdy wreszcie powiodła się walka o powrót Zielonej Góry do grona najlepszych w Polsce, a Kalinowski w kluczowym meczu wykonał kluczową robotę i został w Zastalu, by kolejny raz spróbować sił w elicie, chyba nie zapowiadało się, że siły będzie tracił głównie na treningach.

Przez cały sezon dostał od trenerów Tomasza Herkta i Tomasza Jankowskiego ochłap - w sumie godzinę gry! W tym czasie zdążył zaledwie 10 razy pokazać swój znak firmowy - przymierzyć do kosza z dystansu. A przecież w latach świetności tych prób podejmował kilkanaście w jednym tylko spotkaniu.

Miniony cykl rozgrywek mógł być nawet gorszy - z mniejszą liczbą minut i rzutów, gdyby widownia nie upominała się o występy ulubieńca. Cieszyło to, czy bardziej wkurzało, że ludzie z trybun musieli przypominać szkoleniowcom, że jest w składzie ktoś taki jak Jarek Kalinowski? - Hm... Wywoływało mieszane uczucia. Cenne, że kibice o mnie pamiętają. Ale zdarzało się przecież tak, że gramy mecz, jest duża różnica do przodu lub do tyłu, a trener nic. Nie daje mi grać. Dopiero ludzie krzyczą i wtedy trener już nie wie, co robić. Puszcza mnie na minutę-dwie. I to odbierałem jako takie lekkie poniżenie, ale naturalnie nie ze strony kibiców - odpowiada zawodnik.

Po Kaliszu nie mógł "zapalić"

Jarek nie kryje, że liczył na więcej. Tak, żeby średnia wyszła choć 10 minut na mecz. Może jednak powinien się spodziewać, że sobie nie pogra. Może fala zaczęła opadać już o wiele wcześniej? Gdy drugi raz wracał do Zielonej Góry?

Trener Herkt przedstawiał sytuację w anegdotyczny sposób: - Mieliśmy wtedy skromne opcje rozegrania ataku, potrzebowałem kogoś z dobrym rzutem. Jarka nie znałem. I wszyscy mi mówili" "Zobaczysz, jak on wróci, jak zapali siedem razy z rzędu za trzy, to będzie inna gra". On wrócił, ja czekałem, czekałem, ale Jarek nie zapalił...

Czy gdzieś w tym momencie zaczynała się twoja nowa, bardziej marginalna rola Kalinowskiego w polskim baskecie? - Nie. To było pokłosie sytuacji w Kaliszu. Nie płacili nam i prawie nie trenowaliśmy. Stąd rzeczywiście po powrocie miałem problem z tym, by trafić do kosza, nawet gdy nikt mi nie przeszkadzał. Odbudowałem się jednak i nic się u mnie nie zmieniło - ocenia. To może koszykówka się zmieniła? Rywale stali się za wysocy, za silni? - Czy ja wiem... Koszykówka na świecie na pewno poszła do przodu. Kilku Polaków gra też teraz w topowych klubach świata i Europy, czego kiedyś nie było. W baskecie jest więcej siły i muskulatury niż w czasach, gdy zaczynałem. Ale jak się jest w formie, to wszystko nie przeszkadza. Andrzej Pluta, przecież niewiele wyższy ode mnie, zrobił wielką karierę, i to właśnie jako dwójka - przekonuje wychowanek Zastalu.

Wielką karierę wróżono także, wcale nie tak dawno, Dariuszowi Kalinowskiemu. Młodszy brat Jarka grywał pierwsze skrzypce w młodzieżowych reprezentacjach Polski. Gdy jednak nadszedł czas na rywalizowanie z seniorami, nie dostał w Zastalu prawdziwej szansy. Znalazł ją w ŁKS Łódź i kilka miesięcy temu też awansował do ekstraklasy. Dziś braci Kalinowskich da się spotkać na osiedlowym boisku w Zielonej Górze. Grają jeden na jednego i tak szykują się do nowego sezonu. Tata Mirosław nie staje z nimi do walki, z rzadka pokazuje się na boisku w lidze amatorskiej.

Odpocząłem, ruszam w Polskę

Da się usłyszeć złośliwe głosy, że Jarek ma za sobą rok pełen wygody - klub płacił za trenowanie, a teraz musi znów ruszać się z domu. Zawodnik prostuje: - 20 lat temu zacząłem uprawiać koszykówkę po to, żeby grać. I do dziś grać mi się chce. W polskiej koszykówce takim jak ja nie oferuje się pieniędzy, które dają ogromną satysfakcję i pozwalają zapomnieć o siedzeniu na ławce. Na moim poziomie są to pieniądze, które nie przymuszają do związku z koszykówką. Ale ja zostaję przy baskecie, tylko zmieniam otoczenie, żeby grać. Nie chcę przychodzić na trening, poobijać się i brać z uśmiechem wypłatę. Przyczyniłem się do awansu. I moją ambicją było to, żeby w rodzinnym mieście pograć. Teraz schodzę do pierwszej ligi. Fizycznie nie czuję się zniszczony, zwłaszcza że w tym sezonie odpocząłem. A zły trochę jestem, ale nie dlatego, że muszę się ruszać z Zielonej Góry, tylko dlatego, że nie dostałem szansy w ubiegłym sezonie, nawet w sparingach. O to mam żal. Reszta to już trudno. Rekompensata też była. Awansowaliśmy do ekstraklasy. Drużyna przeniosła się do nowej hali, mieliśmy tysiące wspaniałych widzów na meczach, rok pomieszkałem w domu - wylicza koszykarz.

A czy wiesz, że jesteś jedynym koszykarzem, który dwa razy awansował z Zastalem do ekstraklasy?

- Nie wiedziałem, ale to fajnie, bo każdy awans to naprawdę ogromne przeżycie. W koszykówkę gra się właśnie po to, żeby rywalizować i wygrywać. Ja gram, rywalizuję, czasami wygrywam. Mam dobre życie, żonę, dwójkę dzieci, dom na kredyt, czego chcieć więcej...