Prawdziwa historia mistrza Jaworka

- Wyjeżdżając, rozstawałem się z czymś, co bardzo kochałem. Dlatego całą drogę do Niemiec płakałem - wspomina Maciej Jaworek, żużlowy mistrz Polski z Zielonej Góry, który u szczytu kariery sportowej postanowił nagle ją przerwać. Dlaczego?
As Falubazu Zielona Góra, pupil widowni Maciej Jaworek przyjeżdża na stadion. Ma złe przeczucia. Finał nie ma prawa się odbyć - oto pierwsza myśl, jaka przychodzi mu do głowy, gdy spogląda na zalany deszczem tor. Niezależnie od losów zaplanowanego na późne popołudnie finału indywidualnych mistrzostw Polski, "Jawor" już wie, że musi uciec od żużla, potrzebuje odpoczynku.

Wieczorem żużlowiec sięga po życiowy sukces, zostaje najlepszym zawodnikiem w kraju. Jest niedziela, 14 września 1986 r.

Żużlowy tron nie zadziała jak magnes, bo decyzja o wyjeździe została już podjęta. Wiwatujący na cześć mistrza tłum nie jest jeszcze świadomy, że za parę miesięcy tego samego człowieka nazwie zdrajcą. Nie wie też, że "zdrajca" targany emocjami, ze łzami w oczach będzie opuszczał Zieloną Górę.

Wagary na starcie do kariery

Żużlowcem został przez przypadek. W czerwcu 1976 r. Maciej Jaworek kończy ósmą klasę, oceny są już wystawione, z kolegami ruszają na wagary. Trafiają na zawody żużlowe. Jaworek widzie je pierwszy raz w życiu. - Gdyby ktoś wcześniej zapytał, czy chcę zostać żużlowcem, z pewnością bym zaprzeczył - wspomina. - Ale tamte zawody zrobiły na mnie niesamowite wrażenie, w zasadzie o żużlu nie przestawałem już myśleć.

Przed kolejnym sezonem zapisuje się do szkółki żużlowej, a rok później debiutuje w barwach Falubazu.

Z numerem dwa w drużynie

Jego talent rozwija się błyskawicznie. W 1979 r. zdobywa pierwsze medale mistrzostw Polski, w kolejnych sezonach staje się silnym punktem ekstraligowej drużyny. Jest najlepszym juniorem w kraju, bez niego Falubaz z pewnością nie wygrałby dwa razy z rzędu rozgrywek ligowych. Kibice stawiają "Jawora" na pozycji numer dwa w drużynie, bo jedynka zarezerwowana jest dla Andrzeja Huszczy. Maciek nie boi się jednak mierzyć sił z ikoną Falubazu. - Andrzej co rusz podnosił poprzeczkę, a ja oczywiście dążyłem do tego, by do niej doskoczyć. Gdy po raz pierwszy udało mi się wygrać z Andrzejem, czułem wewnętrznie, że udało mi się osiągnąć dobry poziom. Ale nie przestawałem dążyć do czegoś więcej, zawsze chciałem być jeszcze lepszy - określa.

- Maciek ma taki charakter, że w tym co robi, ciągle musi coś poprawiać - Marzena Jaworek zastanawia się nad tym, czy czasem ta cecha nie skłoniła jej męża do zerwania z żużlem, 25 lat temu. - Bo z jednej strony to wielka zaleta, ale z drugiej może człowieka mocno wypalić. Maciek na pewno nie wyjechał, dlatego, że czuł się gorszy od Huszczy. Przecież oni byli i są dobrymi kolegami, a poza tym mają łagodne charaktery, dogadywali się bardzo dobrze.

Huszcza potwierdza: - To prawda, nie było między nami konfliktów, każdy robił swoje. Rywalizacja, jak w każdym klubie i sporcie, oczywiście była, bo bez niej nie osiągnęlibyśmy tak dobrych wyników. Nikt jednak nikomu nóg nie podkładał.

Jaworek dobrze wspomina tamte czasy. - To, że grałem drugie skrzypce w zespole, bardzo mi odpowiadało. Pamiętam ten komfort życia, gdy jeszcze nie wymagało się ode mnie dużych zdobyczy, mogłem wtedy spokojnie się rozwijać.

Rachunek sumienia sezonu '85

Ale wymagania musiały nadejść. Jaworek w Falubazie jest jednym z zawodników prowadzących parę, a to oznacza dużą odpowiedzialność za wynik drużyny. Później ta odpowiedzialność będzie jeszcze większa, bo po odejściu Jana Krzystyniaka, oprócz "Jawora" wynik Falubazu ciągnie jeszcze tylko Huszcza. - Wiedzieliśmy, że ciężar spoczywa na naszych barkach, a wtedy człowiek sam sobie podnosił ciśnienie - mówi Jaworek. Ale pierwsza myśl o odstawieniu żużla pojawiła się już wcześniej. - Dopiero po latach zrozumiałem, co się ze mną działo, wtedy tego nie wiedziałem - wspomina mistrz Polski z 1986 r. - Jest w sporcie wiele przypadków, że ktoś w niewyjaśnionych do końca okolicznościach znika z areny w kwiecie rozwoju sportowego. Tak stało się ze mną.

W połowie - mistrzowskiego dla Falubazu - sezonu 1985 Jaworek już wie, że coś jest nie tak, że żużel coraz częściej przestaje być zabawą. - Pojawiały się myśli, które mnie męczyły, nie wiedziałem dokładnie, co to było. W połowie sezonu zrobiłem sobie psychiczny rachunek sumienia, bardzo pomogła mi Marzena, w której zawsze miałem oparcie. Jeszcze wtedy uznałem, że trzeba wziąć się w garść. Pewien czynnik mi pomógł. Na jednych z zawodów zagranicznych nie poszło naszej reprezentacji, ja ponoć byłem najbardziej winny, dlatego wyrzucono mnie z kadry...

Paradoksalnie odsuniecie od reprezentacji pomogło. Zawodnik zdobył parę kompletów w lidze, a w indywidualnych mistrzostwach Polski sięgnął po brąz.

Duńczycy odbierają marzenia

Przed kolejnym sezonem Jaworek łudzi się, że jednak nie jest jeszcze stracony dla żużla, że da radę pokonać wewnętrzne rozterki. Kupuje nowy kombinezon, zaczyna starty na lepszym sprzęcie. Na torze staje się gigantem, już coraz rzadziej mówi się, że w Falubazie jest tym drugim. Wyniki nie kłamią: Huszcza traci pozycję lidera. "Jawor" wraca do kadry. Ten fakt ma duży wpływ na to, co stanie się za kilka miesięcy. Że świetna kariera, świetnego żużlowca, zostanie nagle przerwana.

- Finał mistrzostw świata odbył się Chorzowie, ale przed nim do Polski przyjeżdżali trenować legendarni Duńczycy Jan Osvald Pedersen i Eric Gundersden i ja w jednym z turniejów razem z nimi startowałem - wspomina Jaworek.

Żużlowiec jest zszokowany, gdy przygląda się duńskim motocyklom. Pedersen i Gundersen wyjmują z busów coraz to nowsze silniki i testują je. Za każdym razem na mecie są minimum sto metrów przed Polakami. - Uświadomiłem sobie, jaka przepaść dzieli polskich żużlowców od świata - opowiada zawodnik Falubazu. - Duńczycy czy Szwedzi bawili się jazdą, pełen luz. Wtedy włączało mi się myślenie: Człowieku, ty przestań marzyć o rywalizacji na świecie, twoje miejsce jest w Polsce, gdzie niczego więcej w tym sporcie nie osiągniesz. Dla mnie to było żenujące, że tu byłem na szczycie, a o niczym innym nie mogłem marzyć, bo Zachód był przed nami zamknięty. Wtedy kolejny raz uświadomiłem sobie, że nie mam perspektyw na żużlowy rozwój.

Mistrz już wie, że odpocznie

Wrzesień 1986, finał indywidualnych mistrzostw Polski w Zielonej Górze to nagroda za ekstraligowy triumf Falubazu w poprzednim sezonie. Przed zawodami deszcz zamienia tor w grzęzawisko, ale zielonogórzanie dokonują cudów, by uratować turniej. Nawierzchnia jest jednak w bardzo kiepskim stanie, sprawia trudności nawet najbardziej doświadczonym żużlowcom. Ale Jaworek, jak gdyby gość nie z tego świata, wyraźnie bawi się zawodami, pięć razy błyskawicznie ucieka rywalom ze startu. Gdy inni mają kłopoty z utrzymaniem się na motocyklach, on jeździ jak zaprogramowany na zwycięstwa automat. Zawodnik Falubazu ściga się na luzie, chyba dlatego, że już od dawna wie to, o czym inni nie mają jeszcze bladego pojęcia. Że zrobi sobie przerwę od żużla, złapie dystans, po prostu odpocznie. Jak długo? Może pół roku, może rok - taki miał wtedy plan. - Różne pomysły chodziły mi po głowie, dużo myślałem o Australii, bo bardzo lubiłem nurkować - wyjawia. - Mój stan psychiczny był daleki od ideału. Chciałem być jak najdalej stąd. Z jednej strony sport był taką siłą, która dawała mi ogromną satysfakcję, a z drugiej, to dążenie do świetności wewnętrznie mnie niszczyło. Nikt nie zdawał sobie sprawy, co ja przeżywałem. Sam nie wiedziałem, co to jest. Patrząc z perspektywy czasu myślę, że było to coś w rodzaju wypalenia. Ludzie nie radzący sobie z psychiką miewają duże problemy, nierzadko popadają w nałogi, a nawet odbierają sobie życie. 25 lat temu moja wewnętrzna obrona kazała mi odciąć się od żużla. Gdybym powiedział o tym komuś w klubie, z pewnością uznano by, że mam jakieś dziwaczne kaprysy, opowiadam bzdury i coś kręcę.

Łzy na drodze w jedną stronę

Mistrz Polski dostaje w Falubazie urlop. Ma w dłoni paszport, który w tamtych czasach jest "towarem" trudno dostępnym. Z wyprawy na antypody nic nie wychodzi, Jaworek wyjeżdża do zachodnich Niemiec. Nie ma konkretnych planów. Jedzie na zasadzie: odwiedzę tego, tamtego, gdzieś się zaczepię.

O tym, że wyjeżdża wie kilka osób. - Dostałem błogosławieństwo od rodziców, oni widzieli jak się męczę - twierdzi "Jawor". - Mocno walczyłem ze sobą, bo mimo wszystko rozstawałem się przecież z czymś, co bardzo kochałem. Dlatego całą drogę do Niemiec przepłakałem. Niby miał być to tylko urlop, ale wtedy takie wyjazdy nazywano drogą w jedną stronę. Miałem świadomość, że mogę już nie wrócić.

Marzena zostaje w kraju, ale też stara się o paszport. - Był on wtedy biletem do nieba, bo przecież nie można było po prostu chcieć sobie wyjechać - wspomina ówczesna narzeczona żużlowca.

W Falubazie faktycznie wierzono, że Maciek zrobił sobie tylko krótki urlop. Dopiero, gdy zaczął przedłużać sobie wolne, działacze klubowi zachodzili w głowę, o co w tym wszystkim chodzi.

Huszcza: - Oczywiście byłem zaskoczony wyjazdem Maćka, ale nie oceniałem jego decyzji źle, starałem się ją zrozumieć.

W grudniu Marzena jest już u narzeczonego w Niemczech. Gdyby byli małżeństwem, z pewnością tak łatwo nie mogłaby wyjechać, ale i tak w Polsce wypytywano ją o Jaworka.

Wiosną narzeczonych odwiedzili ojcowie. - Wyjechali z Polski pod pretekstem, że niby jadą przemówić nam do rozsądku i nas przywiozą. Kiedy po powrocie do Polski oddawali paszporty, stwierdzili, że nie daliśmy się namówić - opowiada Marzena.

Gdyby został i tak by nie jeździł

Choć od tamtego czasu minęło już 25 lat, Jaworek wciąż z trudem wspomina swój wyjazd. - Mieliśmy wokół siebie sporo życzliwych osób, ale pierwsze miesiące w Niemczech i tak były dla mnie dramatyczne - głos żużlowca wyraźnie się łamie. - Do Przeżywałem walkę z samym sobą, zastanawiając się, czy dobrze zrobiłem. I choć od razu dostałem pracę w warsztacie samochodowym, nigdy nie będę dobrze wspominał tego czasu, jak go nazywam, przejścia na drugą stronę.

Aklimatyzację w nowym miejscu utrudniały głosy docierające z kraju. W Zielonej Górze nazwano go zdrajcą.

- Mówiono, że nie licząc się z nikim zostawiłem klub i uciekłem. Ale jak popatrzę na to wszystko po latach, to zastanawiam się, czy to właściwie klub nie zostawił mnie z problemami - zastanawia się Jaworek. - Jedno jest pewne, gdybym z jakiegoś powodu nie dostał paszportu czy pozwolenia na urlop z klubu, to wtedy i tak bym nie jeździł na żużlu. Nie wiem, co bym robił, może po prostu zająłbym się czymś innym.

Zabawa na niemieckich rakietach

Żużel jednak dość szybko wraca do życia Maćka. W 1987 r. wsiada na motocykl. Znów twierdzi, że to przypadek. Że ktoś, gdzieś usłyszał o żużlowym mistrzu z Polski i zaproponował mu ściganie w Niemczech. - Naprawdę nie planowałem tego, to był zbieg okoliczności - przekonuje "Jawor". Słynny niemiecki mechanik Hans Zierk podstawił mu sprzęt, motocykl rakietę. - Wystartowałem w trzech wyścigach i przeżyłem szok, bo był to tak szybki sprzęt, że z trudem mogłem go opanować - mówi. - To było to na czym Polakom uciekał żużlowy świat.

Zdążył wystartować w trzech turniejach. Wtedy z Falubazu przyszło ultimatum: albo wracasz, albo cię zawieszamy. Zawiesili, na dwa lata.

- Później znów zacząłem jeździć, ale nie chodziło o jakieś wielkie osiągnięcia, bo startując sporadycznie nie było na to szans - wspomina mistrz Polski. - Jeździłem dla przyjemności, tylko po to, żeby mieć kontakt z żużlem.

Ten kontakt coraz bardziej jednak wywołuje w Jaworku myśli o tym, by jednak spróbować jeszcze raz żużla na poważnie. A to musiało się wiązać się z powrotem do Polski.

Było coś do udowodnienia

W 1989 r. do Polski przyjeżdża Marzena Jaworek, wtedy byli małżeństwem.

- Ustrój się zmienił, dlatego mogłam po raz pierwszy przyjechać, sprawdzić grunt i zorientować się, czy możemy też wspólnie odwiedzić kraj - wspomina. - W następnym roku mógł do Zielonej Góry przyjechać też Maciek.

Kiedy upadający klub żużlowy przejął biznesmen Zbigniew Morawski, Jaworek w czasie jednej z wizyt w Polsce odwiedza stadion. - W klubie sporo się pozmieniało, inaczej też patrzono na mój wyjazd - mówi. - Pan Morawski zaproponował mi trening. Zdecydowałem się. Następnym razem przywiozłem swój sprzęt i kombinezon.

Szybko pada propozycja startów w zielonogórskim zespole. W 1991 r. nie jest to jeszcze możliwe, ale w kolejnym sezonie niezapomniany wciąż mistrz znów jest w drużynie. - Nie kusiły mnie wielkie pieniądze Morawskiego, bo w 1992 roku już prawie ich nie było - twierdzi. - Z zewnątrz nie było może tego widać, ale klub już wtedy pomału tonął, zaczynały się duże problemy. Zamiast obiecanego zakupu dwóch nowych motocykli u mojego tunera, miałem przebrany sprzęt z poprzedniego sezonu. Ale bardzo chciałem sprawdzić, jak odnajdę się po nagle przerwanej karierze. Wiedziałem, że ładuję się w jakieś bagienko, lecz chciałem udowodnić sobie, że gdzieś jeszcze tkwi we mnie duch sportowy i duży potencjał.

Powrót nie był łatwy. Rywale najczęściej mieli szybsze motocykle. - Marzena nie mogła patrzeć na to co się dzieje i zainwestowała w mój żużel pieniądze, które uzbierała na swój samochód - mówi Maciek. - Pojechałem do Danii i kupiłem nowy silnik. Wtedy coś się ruszyło.

Dawny mistrz znów zaczyna błyszczeć, jego plecy w jednym ze spotkań ogląda m.in. wielki duński as Hans Nielsen. Później znów ściga się w finale indywidualnych mistrzostw Polski. Tym razem jednak bez powodzenia. Nie jest faworytem, dlatego chce zrobić wszystko, by znów zaskoczyć rywali. Zamawia za granicą nowy silnik, ale ten nie spełnia oczekiwań zawodnika. Na koniec zawodów łamie obojczyk. Sezon ligowy może jednak uznać za udany, kończy go ze średnią biegową blisko dwóch punktów.

Tragiczny finał wznowionej kariery

Zimą znów decyduje się na kontynuowanie kariery. - A to było o tyle trudne, że nie przerwałem pracy w Niemczech - klarował zawodnik. - Szef albo dawał mi wolne, albo brałem bezpłatny urlop i przyjeżdżałem na zawody. Bardzo pomagała mi Marzena, jeździła ze mną, czuwała nad wieloma sprawami, dlatego zrezygnowała ze swojej pracy.

Początek sezonu 1993. Pierwszy sparing w Zielonej Górze. Dochodzi do koszmarnego wypadku. Efekty są tragiczne, kilka dni po nim umiera Andrzej Zarzecki. Maciej Jaworek ma złamany kręgosłup, ale na szczęście bez uszkodzenia nerwów. Po kilku miesiącach żużlowiec jest zdrowy, startuje w ostatnim meczu sezonu, ale tylko w jednym wyścigu. Wie, że tym razem to jest już prawdziwy koniec kariery. Musi poważniej zająć się pracą. - Szef mógł stracić cierpliwość, bo przecież byłem na trzymiesięcznym zwolnieniu lekarskim - opowiada "Jawor". - Przed kolejnym sezonem sytuacja w klubie robiła się tragiczna, wszystko się sypało. Stwierdziłem, że ta zabawa nie ma już sensu. To był chyba piąty raz, jak kończyłem karierę. A może tak naprawdę to jeszcze nie koniec. 16 lat już nie jeździłem, ale chętnie bym zrobił jeszcze parę kółek. W kombinezon wciąż się mieszczę - śmieje się były gwiazdor Falubazu.

Tylko Finlandia do zaliczenia

Marzena i Maciej mają dom w Detmold. Ona pracuje w szkole podstawowej, próbuje zarazić maluchy fascynacją do plastyki i ceramiki. On od ponad 20 lat zatrudniony jest w firmie z branży metalowej. - Kiedy zaczynałem, firma w zasadzie dopiero się rodziła, dziś to duże przedsiębiorstwo, ale relacje między pracownikami wciąż pozostają rodzinne - mówi Maciek.

W Niemczech urodziły się ich dzieci. 23-letnia Caroline studiuje architekturę wnętrz, a 16-letni Timo - jak twierdzą rodzice - do przesady interesuje się biologią. Hoduje owady, Jaworkowie mają w domu małe terrarium.

Cała rodzina uwielbia podróże, ich drugą pasją jest fotografia. Na wakacje zabierają profesjonalny sprzęt, a celem wyjazdu nigdy nie jest ten sam kraj. Zaczęli w 1990 r. od Florydy, w Europie do zaliczenia pozostała im już tylko Finlandia. Ostatnio przestawili się na Azję. - Podróżami fascynowałem się jeszcze za czasów startów na żużlu, podobało mi się to cygańskie życie, ale zawsze żałowałem, że nie ma czasu na zwiedzanie - mówi były żużlowiec.

Do Polski przyjeżdżają kilka razy w roku. Cztery lata temu Marzena postanowiła wyrobić sobie nowy dowód osobisty. - To dość zabawna historia - wspomina. - Przyjechałam z paszportem, a urzędniczka mówi, żebym pokazała stary dowód, a ja na to, że musiałam zostawić go na komendzie milicji, kiedy w latach 80. wyjeżdżałam za granicę. Kobieta podeszła do szafy z napisem "Zgony i wyjazdy", tam znalazła mój dokument.

Syn wolał zbierać mrówki

W domu Jaworków oczywiście nie brakuje miejsca na żużel. Jedno z pomieszczeń w piwnicy zostało nazwane żużlowym muzeum. Trofea, sprzęt, motocykl - zawsze będą przypominały, że gospodarz był kiedyś mistrzem speedway'a. - Lubię tam przebywać, wiedzą o tym znajomi. I gdy nas odwiedzają, często pytają, czy czasem nie będę spał w muzeum - mówi głowa rodziny.

Timo w ślady ojca raczej nie pójdzie. Kiedyś pytany, czy tak, jak tata, będzie ścigał się na żużlu, odpowiedział, że nie, bo ten sport zanieczyszcza środowisko. - I zamiast oglądać zawody, szukał wokół siebie mrówek - śmieje się Marzena. - Wszystko go interesowało, tylko nie wyścigi żużlowców.

- Ale przecież, gdy ja byłem w jego wieku też nie myślałem jeszcze o żużlu - wtrąca Maciek. - A syn ostatnio jakby bardziej zainteresował się motoryzacją...