W żużlu rządzi rozum. Doczekaliśmy się wreszcie! [KOMENTARZ]

Oto nowa sytuacja w świecie żużla: tuż przed zamknięciem okna transferowego solidni zawodnicy są na przysłowiowym bruku. Do tej pory popyt przewyższał kilkukrotnie podaż, co prowadziło do zapętlenia finansowego klubów. Teraz rządzą racjonalni prezesi, nie zaś rozkapryszone zawodnicze gwiazdeczki.
Przedziwne wydarzenia, jakie miały miejsce tej zimy w żużlowym światku, czyli połączenie lig, upadłość trzech klubów, dopuszczenie dwóch zespołów w pierwszej lidze do meczów rozgrywanych tylko na swoim torze, wywołały niespotykaną dotąd sytuację - kilku niezłych żużlowców, którzy kiedyś przebierali w ofertach, nadal jest bez pracy.

Znajcie umiar

Grudniowe problemy organizacyjne Zielonej Góry skutkowały niespodziewaną woltą Grzegorza Walaska, który podpisał zaledwie "warszawski" kontrakt z naszpikowanym gwiazdami Toruniem.

Aktualny drugi indywidualny wicemistrz Polski Tomasz Gapiński tak mocno targował się w Rybniku i w Pile, że dzisiaj obudził się z ręką w nocniku. Zamiast niego na Śląsk trafił Rune Holta, a do grodu Staszica powędrował Bjarne Pedersen.

Bez angażu jest także wiecznie uśmiechnięty, lecz mocno zaawansowany wiekowo obieżyświat z Częstochowy Sebastian Ułamek. Żaden z klubów nie spełnił także żądań ubiegłorocznego jeźdźca cyklu Grand Prix Troya Batchelora. Zakładnikiem swoich finansowych żądań jest Alex Zgardziński, który mając ważny kontrakt z Falubazem, nie może ani z niego odejść, ani ustalić z nim warunków finansowych. W Tarnowie zrezygnowano z niezłego w zeszłym sezonie Artura Mroczki, którego zastąpi mniej uporczywy podczas negocjacji Piotr Świderski. Nadal do wzięcia są byli ekstraligowcy: Dawid Stachyra, Jurica Pavlic oraz Michał Szczepaniak. Na polskie tory nie wyjedzie najprawdopodobniej wielka nadzieja Brytyjczyków - Robert Lambert oraz szwedzka ikona Peter Karlsson. Bez angażu są także doświadczeni trenerzy: Czesław Czernicki, Jan Grabowski, Jacek Woźniak czy Dariusz Śledź.

Padają żużlowe miasta

Jest to sytuacja nowa w świecie żużla, że tuż przed zamknięciem okna transferowego tylu solidnych sportowców jest na razie na przysłowiowym bruku. Do tej pory popyt przewyższał kilkukrotnie podaż, co doprowadziło do zapętlenia finansowego wielu klubów, które mocno ograniczają się w sezonie transferowym.

Nie ma już żużla ligowego w Ostrowie, Lublinie i Gnieźnie. Ciekawe czy do końca sezonu dojadą najbiedniejsi - Bydgoszcz, Rawicz i Opole z Krosnem. Klubów wypłacalnych jest coraz mniej i nareszcie rynek żużlowy w sposób naturalny zaczął się normować. Teraz rządzą racjonalni prezesi, a nie rozkapryszone zawodnicze gwiazdeczki.

Przykładem Wrocław

W tym miejscu jako ciekawostkę należy przytoczyć zespół Sparty Wrocław, który w zeszłym sezonie o mały włos zostałby Drużynowym Mistrzem Polski z budżetem wynoszącym ok. 5,5 mln zł. W tym roku będzie podobnie, a w jej składzie nadal będzie startował mistrz świata Tai Woffinden, podpora reprezentacji Polski Maciej Janowski i wielka nadzieja całego żużla - Maksym Drabik. Wrocław daje sobie więc radę nie tylko z sytuacją gospodarczą, przedłużającym się remontem stadionu i małą liczbą kibiców, ale przede wszystkim z pazernością zawodników.

Pawlicki coś zrozumiał

Chyba na dobre skończyły się czasy wielkich kontraktów i szaleństwa kontraktowego. Szybko zrozumiał to Piotr Pawlicki, który wrócił do macierzystej Unii niemal na kolanach. W Gorzowie też rządzi zrozumienie sytuacji oraz od wielu lat fundament w postaci Bartosza Zmarzlika czy Nielsa Iversena, którzy dogadują się z włodarzami Stali podczas negocjacji kontraktowych niemal bez słów.