Sport.pl

Stelmetomania? Jeszcze nie wybuchła. Ale może już dziś wieczorem...

Gdyby przed startem serii finałowej w Tauron Basket Lidze ktoś zbyt głośno upierał się przy wersji, że koszykarze Stelmetu Zielona Góra wygrają cztery mecze z rzędu z mistrzowskim PGE Turowem Zgorzelec, mógłby zostać poproszony o pilny kontakt z lekarzem lub farmaceutą... Ale tak może się zdarzyć! A jeśli się zdarzy, to dziś wieczorem Zielona Góra zwariuje ze szczęścia, drugi raz zostanie koszykarską stolicą Polski, a pod dyskoteką X-Demon spłonie druga marynarka prezesa Jasińskiego.
O godz. 20 w niezdobytej twierdzy CRS zacznie się szóste spotkanie finału play-off Tauron Basket Ligi. Trudno w to uwierzyć, ale w całym sezonie Stelmet nie przegrał tu z żadnym ligowym rywalem. Zielonogórski zespół zwyciężał w swojej hali nawet wtedy, gdy gra nie pozwalała jeszcze wybiegać wyobrażeniami do serii o złoto, gdy wątek X-Demona stawał się głośny i drażliwy, gdy drużynę odsądzano od szans na podium, graczy od umiejętności, a szefów klubu od rozsądku przy budowie składu.

Janusz Jasiński, w zielonogórskiej koszykówce szef wszystkich szefów, zachowywał cierpliwość i ironizował doskonale: - Mamy w mieście kilka tysięcy znawców basketu oraz trzech idiotów na ławce, którym płacimy...

Stelmet odrywał się od swoich wad w najważniejszej fazie sezonu. Trener Saso Filipovski niezmiennie głosił swoją mantrę: obrona, zespołowość, zbiórki... Jeszcze przegrał wyścig o lokatę lidera przed play-off. Ale już bardzo pewnie przeszedł przez ćwierćfinały 3:1 z Asseco Gdynia i półfinały 3:0 z Rosą Radom.

Z drugiej strony drabinki, równie pewnie i przekonująco, do serii o złoto wjechał w roli faworyta pociąg pancerny PGE Turów Zgorzelec. Na drużyny z Zielonej Góry i Zgorzelca od trzech lat w Tauron Basket Lidze nie ma mocnych. Ich pierwszy finał 4:0 wygrał Stelmet, drugi 4:2 PGE Turów. Przed rozpoczęciem trzeciego koszykarscy eksperci raczej zgadzali się w opiniach, że seria kroi się zażarta, ale po siedmiu meczach mistrzowską koronę znów założy Turów.

Dziś ci sami eksperci stawiają już na Stelmet. Zresztą z faktami ciężko dyskutować. Zgorzelecka ekipa zaczęła wprawdzie od dwóch wygranych spotkań, lecz nie były to triumfy druzgocąco-przekonujące. Przeciwnie - w starciu numer dwa decydowała "fotokomórka". A Jasiński błysnął opinią, która obiegła koszykarską Polskę: - Widać, że Turów już puchnie.

Po czym trzy razy z rzędu wygrał Stelmet! Tylko w jednej z tych trzech gier mistrzowie do ostatniego rzutu widzieli w tunelu światełko, w dwóch padli na łopatki wcześniej. I rzeczywiście widać, że nie mają w sobie tyle zawziętości i wigoru co przed rokiem, gdy gnali po pierwsze mistrzostwo. A trener Grzegorz Chodkiewicz, komentując finałowe wydarzenia dla Polsat Sport News, orzekł, że długa i pełna dobrych graczy ławka PGE Turowa, która miała być atutem, staje się ciężarem.

Co przeważa szalę na korzyść Stelmetu? Najkrócej rzecz ujmując, obrona, zespołowość, czasami zbiórki, trójki, lepsze przygotowanie taktyczne i kondycyjne, dobra chemia. Jednak wypada odpowiedź rozbudować, doceniając więcej elementów układanki, która dziś daje zielonogórskiej drużynie prowadzenie 3:2 oraz ogromną szansę na odzyskanie straconego przed rokiem mistrzostwa. Znajdą się tu zatem gracze, na których spadło najwięcej krytycznych słów - np. Jure Lalić. Albo tacy spisywani już trochę na straty czy też role zupełnie marginalne - np. Kamil Chanas. Idąc dalej - sztab trenerski i ludzie odpowiedzialni za dobór zawodników. Przewinęło się nieco kpin i drwin na tematy, po co zatrudniamy ich aż tylu oraz jak kiepsko oni dobierali ludzi do pracy. Tymczasem teraz wszyscy krytykowani, niedoceniani chodzą z podniesionymi głowami. A PGE Turów Zgorzelec uzbrojony najlepiej "na świecie" zostaje w tyle.

Rzecz jasna Stelmetu jeszcze nie wolno zagłaskać. Zbyt wiele razy sport okazywał się bezwzględny dla tych, którzy nie potrafili dostawić kropki nad i, wykorzystać meczbola, dociągnąć z przewagą do mety, by przed meczem numer sześć wieszać zielonogórskim koszykarzom złoto na szyi. Jeszcze została ważna robota do wykonania, a klasa rywala oraz przebieg poszczególnych spotkań nakazują zachować gigantyczną koncentrację. W mistrzowskim składzie Zgorzelca pewnie tli się jeszcze duma i nadzieja. Chociaż po ostatnim spotkaniu różne głosy z pokonanego obozu dało się usłyszeć. Trener Miodrag Rajković chciał widzieć rzecz tak, że w ważnej chwili drobne błędy, trybiki różnych części jego koszykarskiej machiny zaszwankowały, wytworzyła się kilkupunktowa strata i nie udało się jej w porę odrobić. Ale jego zawodnik Olek Czyż rozbrajająco szczerze wyjawiał, że Stelmet potraktował zgorzelecki zespół niczym księgę. Otworzył, przeczytał i nie uchowały się już żadne tajemnice, którymi księga mogłaby jeszcze zaskoczyć. Z kolei kapitan zwycięzców Łukasz Koszarek na gorąco po zakończeniu piątego starcia, a w kontekście szóstego rzucił znamienne: - Obyśmy tylko nie zwariowali!

Wielu obserwatorów finałowej rywalizacji zgodzi się, że Stelmet może przegrać mistrzostwo lub na razie tylko dzisiejsze spotkanie głównie w głowach graczy. Jeżeli przebije się świadomość "już ich mamy", to gra może się skończyć źle. I z jednej strony inteligentni i otrzaskani w ważnych meczach faceci z zielonogórskiej drużyny na pewno wiedzą doskonale, że to jeszcze nie pora na triumfalne myśli oraz luki w skupieniu, przygotowaniu mentalnym. Ale z drugiej strony psychika to taka sfera, na którą najtrudniej nałożyć czapkę dyscyplinującą.

Zatem PGE Turów - o ile podejmie heroiczną bitwę, powpadają trójki, a sędziowie dostrzegą dużo fauli rywali z Zielonej Góry - nie stracił jeszcze mistrzostwa. Siódmego spotkania w serii nie należy wykluczać. Zresztą złota najzwyczajniej nie wypada oddawać za darmo. Mistrzowie powalczą, lecz i w ich głowach może czaić się przeszkoda. Bo na pewno są świadomi, że twierdza CRS w tym sezonie nie została zdobyta. Jak więc mogłaby paść w najważniejszym meczu, gdy pięć tysięcy ludzi będzie zdzierać gardła i nieść zielonogórską drużynę do zwycięstwa?!

Transmisja z dzisiejszego starcia do zobaczenia w Polsat Sport News.



Więcej o: