Sport.pl

Jak się wygrywa Puchar Polski i wzrusza ludzi do łez

Cieszyliśmy się, gdy Łukasz Koszarek, kapitan koszykarzy Stelmetu Zielona Góra, podniósł w górę Puchar Polski. To jednak za sprawą innego gestu w pewnym zielonogórskim domu płakała cała rodzina Ludowskich.
Nóż, który w zespół Stelmetu wbił na początku sezonu Andrzej Adamek, napotkał na twarde tworzywo. Drużyna wyglądała jak zbieranina indywidualności, w której do porozumienia daleko. Gdy Adamka zastępował Słoweniec Saso Filipovski, wszyscy spodziewali się poprawy gry drużyny, ale chyba nikt nie oczekiwał cudów. Trenerowi wystarczyły jedynie 103 dni pracy, by sięgnąć po pierwsze trofeum - Puchar Polski.

Piątek

Mało brakowało, by koszykarze już w piątek mogli pakować walizki. Było 63:63, a piłkę miał w swoich rękach specjalista od ważnych rzutów Rocky Trice z Wrocławia. Było niemal oczywiste, że będzie rzucał. Podał jednak piłkę do Lawrence'a Kinnarda, a ten szybko oddał ją na skrzydło do Łukasza Wiśniewskiego. Nowy kapitan Śląska stał na swojej ulubionej pozycji. W lewym narożniku. Niekryty. Nic tylko rzucić. Jego trójka jednak odbiła się od obręczy. - Pierwsze mecze są zawsze najtrudniejsze. Najważniejsze w takich meczach turniejowych to przetrwać właśnie ten pierwszy dzień - tłumaczy Łukasz Koszarek, kapitan Stelmetu.

Zdobywa 15 punktów, a w końcówce zalicza swoją szóstą asystę po akcji z Chevonem Troutmanem. Po niej Stelmet wychodzi na trzypunktowe prowadzenie, którego nie oddaje już do końca. Sam mecz był trudny i nie obfitował w efektowne zagrania. Obejrzeliśmy dużo zapasów i strat - w sumie aż 41.

- Formuła rozgrywek jest dobra, ale publiki brakowało na trybunach. Trzeba ten turniej obudować marketingowo i podnieść jego rangę. Wtedy byłaby jeszcze większa walka na noże! - mówi Koszarek.

Sobota

- Było nam ciężko. Straciliśmy sporo energii na meczu ze Śląskiem Wrocław. Krzysio i Wicio zrobili świetną robotę, regenerując zespół - opowiada trener Filipovski. Mówi o Krzysztofie Mireckim i Witoldzie Szachowiczu, fizjoterapeucie i masażyście zielonogórskiej drużyny. Wyjazd do Trójmiasta nie był dla nich turystyczną wycieczką. Przeciwnie. Po raz pierwszy w ligowym sezonie 2014/15 koszykarze grali dzień po dniu.

- Ale to po meczu z Koszalinem mieliśmy więcej pracy niż po Śląsku. W sobotę zmęczenie dopadło większość zawodników. Pracowaliśmy do 2.30 w nocy. Zawodnicy nie szwendali się po mieście, tylko czekali na wizytę u nas - opowiadał Szachowicz w Radiu Zielona Góra.

Duży pokój w czterogwiazdkowym sopockim hotelu Haffner zaadaptowali na mały gabinet fizjoterapeutyczny. Używali do swojej pracy stołów, krzeseł i innych części wyposażenia apartamentu. Sam mecz? Koszykarze zmazali plamę po ostatnim spotkaniu w Koszalinie. Wtedy frajersko roztrwonili przewagę w końcówce i przegrali po rzutach wolnych Qyntela Woodsa.

Zielonogórzanie zaczęli od 24:9 i postanowili, że tym razem pozbawią swoich sympatyków nerwów i wyrywanych z głowy włosów w dramatycznej końcówce. Trafili 12 z 29 trójek. Koszalinianom pozwolili na zaledwie 65 punktów. Ci średnio w lidze zdobywają 84,9. Więcej rzuca jedynie mistrz ze Zgorzelca.

- Zielonogórzanie świetnie wykorzystali przewagę pod koszem - tłumaczył po meczu Krzysztof Szubarga. W sobotę trener Filipovski konsekwentnie wymagał od swoich rozgrywających, by grali jak najwięcej do podkoszowych. Cel, Hrycaniuk, Lalić i Troutman rzucili w sobotę razem aż 42 punkty.

Niedziela

Przeciwnikiem w finale była Rosa Radom wzmocniona od kilku tygodni osobą długorękiego Mike'a Taylora. Amerykanin kiedyś rzucił w słynnej Madison Square Garden 35 punktów jako gracz Los Angeles Clippers. Od kilku lat tuła się po Europie i wyrobił sobie dobrą markę w Polsce, gdy przed sezonem był ważnym ogniwem Turowa Zgorzelec.

- Trener Wojciech Kamiński bardzo dobrze przygotował swój zespół do tego meczu. Wykorzystał atuty dwóch niskich Amerykanów, którzy potrafią grać jeden na jeden, biegać do kontrataków i grać akcje typu pick'n'roll - wyjaśnia trener zielonogórzan. To właśnie za sprawą wspomnianego Taylora i Danny'ego Gibsona radomianie odpalali racę za racą w kierunku kosza Stelmetu. Ten przegrywał po 20 minutach ośmioma punktami. - Trener Filipovski zawsze ma plan A, B i C dotyczący naszej gry w obronie. Często zmieniamy go w przerwie. Tak było właśnie w finale. Załataliśmy nasze wszystkie dziury. Ponadto Russell Robinson świetnie trafiał w trzeciej kwarcie i pomógł nam wrócić do meczu - opowiada Koszarek.

Robinson, jeden z trzech bohaterów finałowego meczu, nie należy do osób, które zachowują się po gwiazdorsku. Mruczy pod nosem.

- Jak to robisz, grasz najlepiej w najważniejszych meczach? - pytam go.

- To prawda! - śmieje się. - Uwielbiam presję. Wtedy gra mi się lepiej, niż gdy prowadzimy 20 punktami. Jestem do takich nerwowych sytuacji dobrze przygotowany.

Jego pobyt w Zielonej Górze można porównać z przejażdżką kolejką w wesołym miasteczku. Podpisał kontrakt dwa lata temu na dwa lata. Przyjechał z nadwagą i bez formy. Trener Mihailo Uvalin nie chciał go w składzie. Robinson kilka tygodni siedział bezczynnie w Zielonej Górze. Później zagrał pięć spotkań w Libanie. W wieku 28 lat wydawało się, że jego kariera zbliża się ku przedwczesnej emeryturze. - Wiem, że jestem dobry. Nigdy nie straciłem wiary w siebie - wyjaśnia.

Jest jednym z najlepszych obrońców w zespole. A obrona to podstawa koszykarskiej filozofii słoweńskiego szkoleniowca. - Mówimy sobie, że codziennie inwestujemy w nasze ciała i naszą grę. Staramy się być fizycznie mocniejsi, a na boisku najważniejsze dla naszego trenera są dwie rzeczy: obrona i zbiórki. Powtarza nam to każdego dnia - mówi Robinson.

????????#puchar#jest#nasz#stelmet#zielona#góra#mam#fulla#sztachany#poleca#szymon#kaman#brate#inwestujemy#team#spirit#zajechanie#3city

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Kamil Chanas ??#?1?3? (@kamileczku13)





Rottweiler Quintona H.

Drugi z bohaterów to Quinton Hosley. Najlepszy obrońca w lidze. To, co robił w trzeciej kwarcie w obronie, powinno być materiałem szkoleniowym dla najmłodszych zielonogórskich koszykarzy. - Czułem, że jakoś zatraciliśmy intensywność w obronie. Wyszedłem na trzecią kwartę zmotywowany, by ją przywrócić. Koszykówka jest jak szachy, sporo zmieniliśmy w naszej grze po przerwie - tłumaczy. Do Zielonej Góry wrócił z małym rottweilerem.

Nazwał go Figaro, później zmienił mu imię na Chip. To slangowe, skrótowe określenie "mistrzostwa". Dlaczego wybrał taką rasę? To rodzinna tradycja. Rottweilery miał jego dziadek, miała je również jego mama. - Kocham psy. Mam nadzieję, że uda mi się go wyszkolić na grzecznego psa, który nie będzie lubił dziennikarzy. Spokojnie, tylko sobie żartuję! - Quinton uśmiecha się szeroko.

Stelmet po przerwie błyskawicznie odrobił straty. W końcówce trzeci z bohaterów Przemysław Zamojski zrobił coś, co w Ameryce nazywa się "heat check". Po jednym trafionym rzucie dostajesz jeszcze raz piłkę i znowu trafiasz. I robisz to jeszcze raz. - Tak wyszło, że w tych decydujących momentach piłka była w moich rękach. Trafiłem dwie trójki i poczułem się pewnie - przyznaje MVP turnieju.

Pytamy go o słynne wlepki, na których pojawiło się hasło:

"Szymon, jesteśmy z Tobą!".

- To pomysł Anety, dziewczyny Adama Hrycaniuka. Szymon jest jednym z nas i wszyscy razem budujemy nasz sukces. Niezależnie, czy jest to gracz pierwszej piątki, czy pracownik klubu, to będziemy się wzajemnie wspomagać - opowiada.

Mowa o Szymonie Ludowskim, który odpowiada za media społecznościowe zespołu. Przeszedł skomplikowaną operację, ale nie chce mówić publicznie o swojej chorobie. Co się działo, gdy zobaczył dedykację? - Nie spodziewałem się w ogóle takiego gestu. To było zaskoczenie na maksa. Najpierw szok, potem wzruszenie, aż się spociłem. Mecz finałowy oglądałem u rodziców z żoną i z nimi. Wszyscy się popłakali.

Więcej o: