Sport.pl

Największą gwiazdą Stelmetu znów obrona! AZS plątał się i miotał

Gdyby powstał koszykarski ranking zaufania, odpowiedź numer jeden musiałaby paść taka: kibice w Polsce największym zaufaniem darzą obronę Stelmetu Zielona Góra prowadzonego przez trenera Saso Filipovskiego. W sobotni wieczór w półfinale Gdynia Basket Cup o obronę Stelmetu rozbił się i zatonął okręt AZS Koszalin. Zielonogórska drużyna wygrała 87:65 i w niedzielnym finale zagra z Rosą Radom.
Finałowy turniej w Gdyni dawał kibicom same zacięte i pasjonujące do ostatniej akcji mecze, drużyny sięgały po wygrane rzutami w ostatnich sekundach... Aż w sobotę wieczorem na boisko wyszli koszykarze z Zielonej Góry i przerwali zabawę w horrory.

Stelmet po ledwie kilku minutach walki prowadził 24:9, grał koncertowo i w powietrzu już tak wstępnie wisiała egzekucja. AZS jeszcze miał mnóstwo czasu, żeby się ratować. Pierwsze, co przedsięwziął, to zmiana systemu obrony z każdy swego na strefę. Zielonogórska drużyna straciła koncept, ale tylko na jedną akcję. Po niej znów robiła swoje. Atak wicemistrzów Polski działał skutecznie i bił konkurentów z Koszalina wszechstronnością. A po koszykarzach Stelmetu jakby spływało to, co wymyśli i zrobi na boisku AZS. W zdobywaniu punktów faworytom sprzyjała także ich dobra robota w obronie. Bo zatrzymane ataki AZS-u zawodnicy z Zielonej Góry przekuwali na kontry. Dość powszechnie wiadomo, że w psuciu akcji rywali trener Saso Filipovski i jego zielonogórska załoga są specjalistami najlepszymi w lidze. W sobotni wieczór specjaliści korzystali z ułatwienia dodatkowego. W AZS, ze względów zdrowotnych, nie mógł zagrać podkoszowy Szymon Szewczyk. I to nie było błahe osłabienie, tylko takie wagi ciężkiej, za które koszalińska ekipa płaciła słono, bezdyskusyjnie przegrywając walkę o zbiórki. Zresztą po pierwszej połowie z przewagą Stelmetu 48:29 w ogóle nie dało się dyskutować. Gdyby wyciągnąć esencję z 20 minut gry i opisać w kilku akcjach, szłoby to tak:

1. Atakuje AZS, piłka krąży po obwodzie, aż wreszcie któryś z graczy, pod presją czasu, odpala z dystansu, lecz pudłuje. Piłkę zbiera Stelmet. W ramach wyjątków od reguły Qyntel Woods sam bierze wszystko na siebie i raz na dwie-trzy próby udaje mu się bajeczny slalom między obrońcami. Wtedy gwiazda starego mistrza rozlśniewa jeszcze pełnym blaskiem.

2. Atakuje Stelmet, jest prawdopodobne, że zacznie szarpnięciem spod kosza. Piłkę złapie Hrycaniuk, a może Troutman lub Lalić. Spróbują się przebić. W razie kłopotów odrzucą podanie na obwód, gdzie obrona AZS stoi już przerzedzona. Bez względu na to, czy zielonogórski zespół skorzysta z wariantu A, czy wariantu B, piłka najpewniej wpadnie do kosza Koszalina. Bo zielonogórzanie rzucają z rozwagą i dokładnością.

Do połowy meczu pojedynek dwóch panów Q niby łatwo rozstrzygnąć na rzecz Quintona Hosleya. Skrzydłowy Stelmetu kompletuje asysty i zbiórki, rzuca z taką skutecznością, że mucha nie siada. Ale prawda jest też taka, że Qyntel Woods ma w tej walce pod górkę, ponieważ funkcjonuje w słabszym systemie.

Stelmet jest poza zasięgiem. I bodaj jedyne zmartwienia ma z przewinieniami. Łukasz Koszarek i Hosley przedwcześnie muszą wkomponować w swoje ruchy ostrożność. Jednak prowadzenie po trzech kwartach 66:46 pozwala powiedzieć, że były to w sumie drobne straty i małe ryzyko na drodze do grubego zwycięstwa.

W niedzielę o godz. 20 w finale Gdynia Basket Cup Stelmet zagra z Rosą Radom, żadna z tych drużyn pucharu Polski dotąd nie zdobyła. Na transmisję zaprasza Polsat Sport News.

STELMET ZIELONA GÓRA - AZS KOSZALIN 87:65

KWARTY: 27:12, 21:17, 18:17, 21:19

STELMET: Cel 17 (3), Hosley 14 (2), Hrycaniuk 10, Zamojski 8 (2), Koszarek 2 oraz Robinson 11 (2), Lalić 8, Chanas 8 (2), Troutman 7 (1), Pełka 2, Kucharek 0.

AZS: Woods 15, Radenović 15, Mielczarek 10 (3), Szubarga 5 (1), Vrbanc 3 (1) oraz Austin 6, Swanson 5 (1), Dąbrowski 3 (1), Stelmach 3 (1),

Więcej o: