Sport.pl

Stelmet podkręca widowisko: Zacząć tak źle, by skończyć tak dobrze [GALERIA]

Koszykarska twierdza Zielona Góra zadrżała po pierwszej szarży Asseco Gdynia, ale wytrzymała napór, a po tym odpowiedziała o wiele mocniej. I w sumie skończyło się jak zwykle - Stelmet zwyciężył 85:66. Stłamszonej drużynie z Gdyni pozostało na pociechę wspomnienie z efektownego startu.
Wiedzieć o przeciwniku wszystko i zrobić z tej wiedzy użytek to jakby dwie różne dyscypliny sportu, a koszykarze Stelmetu Zielona Góra zaczęli walkę z Asseco tak, jakby w tej drugiej dziedzinie dopiero raczkowali. W efekcie przez całą pierwszą kwartę drużyna z Gdyni robiła na boisku w Zielonej Górze to, co chciała, a wielki faworyt robił to, czego bardzo nie chciał. Najprościej mówiąc: obrywał. A obrywał dlatego, że rzucał wszędzie, tylko nie do kosza, przegrywał zbiórkę i gubił piłkę przy rozgrywaniu akcji. Żeby tylko nie popaść w przesadę... Jednak na tle wybieganych i agresywnych graczy Asseco zawodnicy Stelmetu poruszali się ociężale, trochę tak, jakby każdy z nich ciągnął za sobą wóz z węglem.

Trener Saso Filipovski spodziewał się trudnej przeprawy, z niekłamanym szacunkiem charakteryzował to, co w zespole z Gdyni najciekawsze - że bez wielkich pieniędzy daje się budować dużą grę. Tym niemniej to, co działo się na boisku, musiało trenera Stelmetu zdumiewać. Bo skromny przeciwnik hulał i rządził. Nie musiał nawet faulować, by wywoływać w atakach zielonogórzan panikę i błędy.

Sensacyjne 17:35 wybiło na tablicy wyników, gdy wreszcie faworyt podniósł się z kolan. Może potrzebował półtorej kwarty, by się rozgrzać, obudzić, potraktować wyzwanie z najwyższą powagą? A może postanowił załatwić swój charakterystyczny przestój w meczu już na początku, by później do końca grać wyłącznie dobrze?

Dość, że od połowy drugiej kwarty obrona Stelmetu stała się twarda, szczelna i bezlitosna. Cokolwiek koszykarze Asseco próbowali wymyślić w strefie podkoszowej, bili głową w mur. A przy rzutach z dystansu zupełnie opuściła ich celność. Kruszył się ich spryt, umykało poczucie pewności siebie, metoda przestawała działać. Wystarczyło kilka minut, by ze znacznej przewagi gości z Gdyni pozostało naprawdę niewiele.

Metamorfozę opisuje wynik. Przy 17:35 żegnaliśmy bezbarwny Stelmet i znakomite Asseco, a witaliśmy twardzieli z Zielonej Góry oraz coraz mocniej pogubionych graczy z Gdyni. I tak dobrnęliśmy do końca połowy meczu - 31:36. Co oznaczało, że przez ładnych kilka minut goście przemycili do kosza zaledwie punkcik.

Przerwa w spotkaniu przyniosła Asseco jedynie odroczenie wykonania wyroku. Bo po przerwie ta nieustannie potężna zielonogórska obrona oraz snajperski błysk Aarona Cela wepchnęły gdynian w ślepą uliczkę. Nie potrafili nic przedsięwziąć, gdy akcja po akcji tracili piłkę i dobijały ich kontry Stelmetu. Trener David Dedek nie rzucił ręcznika na boisko, ale pewnie go bolało, kiedy w trzeciej kwarcie Stelmet robił z jego zespołu miazgę. A po tym czwarta kwarta poszła już tak trochę na dogranie do końca oraz minuty dla rezerwowych.

STELMET ZIELONA GÓRA - ASSECO GDYNIA 85:66

KWARTY: 11:23, 20:13, 35:12, 19:18

STELMET: Cel 16 (4), Koszarek 16 (1), Hosley 11 (1), Zamojski 7 (1), Hrycaniuk 7 oraz Chanas 9 (1), Lalić 7, Robinson 6, Troutman 6 (2), Kucharek 0, Pełka 0, M. Zywert 0.

ASSECO: Frasunkiewicz 20 (5), Szczotka 6 (2), Walton 5, Matczak , Galdikas 3 oraz Żołnierewicz 10, Radosavljević 8 (1), Kowalczyk 4, Szymański 3, Parzeński 2.

Więcej o: