Sport.pl

Stelmet miał zapaść, że strach się bać. Ale finiszował po mistrzowsku!

Gdyby wykasować z meczu okres kilku minut gry na przełomie trzeciej i czwartej kwarty, Stelmet zaliczyłby zwycięstwo z idealnymi notami za styl. Ale od narzekania trzeba trzymać się z daleka. Wszak na koniec meczu znów cieszyła się cała koszykarska Zielona Góra. Stelmet w porę wyszedł z zapaści i 80:70 pokonał mocną drużynę Śląska Wrocław. Odliczanie w Zielonej Górze trwa - to była już jedenasta z rzędu wygrana trenera Saso Filipovskiego i jego koszykarzy.
Zmiany, które nastąpiły ostatnio w składach obu drużyn, mocniej naruszyły rytm i nawyki graczy Śląska. Dało się to dostrzec na początku meczu, ale tylko na początku. Koszykarze Stelmetu od startu byli gotowi do dobrej i skuteczniej gry. Ich rywale potrzebowali kilku chwil, by ofensywne akcje nabrały płynności, a obrona pozamykała łatwe ścieżki, którymi gracze zespołu z Zielonej Góry przedostawali się z piłką do kosza. Ale Śląsk nie zaspał na tyle mocno, żeby już w pierwszej kwarcie narobić sobie kłopotów na cały mecz. Szybciutko dopadł Stelmet i zaczęło się dziać coś, na co w sumie wszyscy czekali. Blisko pięć tysięcy widzów na trybunach areny CRS dostało w prezencie koszykóweczkę z górnej półki. Było w niej wszystko, co tygrysy lubią najbardziej. Gdyby Tauron Basket Liga składała się z samych takich spotkań, albo byłaby rozchwytywana, albo by nam to spowszedniało.

Tak czy owak w sobotni wieczór w Zielonej Górze Stelmet i Śląsk grały duuuży mecz.

Dwie historie, które nie mogą trafić na margines tej relacji:

1. W zielonogórskim zespole zadebiutował olbrzymi Chorwat Jure Lalić. Przed debiutem opowiadał, że radzi sobie w podkoszowych przepychankach. I od razu został z tych słów rozliczony. Znany z bitności Robert Tomaszek próbował przestawiać Lalicia. Chorwat się nie dawał. O więcej jego atutów na razie nie pytajcie.

2. Gdzieś pod koniec drugiej kwarty kończył się etap wyrównanej walki. Zaczynał się odjazd Stelmetu. Przewaga niby nie była wielka, niby do połknięcia, ale tendencja stawała się wyraźnie korzystna dla zielonogórskich graczy. Obrona, po której trafiały się okazje do kontr, mniej strat i lepsza skuteczność - oto, co robiło różnicę.

W trzeciej kwarcie Emil Rajković, zrzucił marynarkę. To, co działo się na boisku, złościło go coraz bardziej. Przy wyniku 57:43 Śląsk był rzeczywiście w kłopotach. A kłopoty miały na imię straty. Zespół z Wrocławia uzbierał ich dwa razy więcej niż Stelmet. I później mnóstwo pracy musiał włożyć w to, aby odpracować okres błędnego basketu. Ale udało się! Śląsk wygrzebał się z dołka. Trzeba rzec, że była to sprawa niebywała, gdy ze wspomnianego już wyniku 57:43, przeszliśmy do 57:64. Wynikałoby, że w tym okresie faworyt z Zielonej Góry stał, a Śląsk grał. I może nie w dosłownym znaczeniu, lecz tak to w istocie wyglądało. Nagle dla zielonogórskich graczy wszystkie pozycje rzutowe stały się za trudne, a obręcz kosza za mała. Wrocławska ekipa miała w tym swój poważny udział. Przykładała się do obrony. Ale żeby na własnym parkiecie, pod własnym dachem pozwolić sobie na serię 0:21?! Takie numery normalnie się drużynie Stelmetu nie zdarzają.

Zapaść z soboty znalazła swój koniec na siedem minut przed końcem meczu, gdy tróję ustrzelił Przemysław Zamojski. A po tym trafieniu nastąpiły kolejne. Wyglądało to tak, jakby przez kilka minut nieudolności w koszykarzach Stelmetu kumulowała się energia, narastała taka korzystna złość, która na finiszu zabiła Śląsk. Stelmet odpalił taką petardę, że w dwie minuty skasował straty i jeszcze wyszedł na pięciopunktowe prowadzenie. I to było kluczowe. Bo później zielonogórska obrona już nie pozwoliła wrocławskim graczom na wiele. A Quinton Hosley doprowadził autobus do zajezdni, czyli pokazał, że jego treningi rzutowe nie idą na marne.

STELMET ZIELONA GÓRA - ŚLĄSK WROCŁAW 80:70

KWARTY: 23:20, 25:19, 9:16, 23:15

STELMET: Hosley 27 (4), Hrycaniuk 10, Zamojski 9 (1), Koszarek 8 (2), Cel 5 (1) oraz Robinson 8 (1), Troutman 7 (1), Lalić 4, Chanas 2.

ŚLĄSK: Gabiński 10 (2), Ikovlev 8 (2), Mladenović 6, Wiśniewski 5, Radojević 2 oraz Dłoniak 16 (4), Trice 14 (1), Kinard 6, Tomaszek 3, Skibniewski 0,

Więcej o: