Sport.pl

Niedźwiadek Mario - niech nasze dobre myśli dodają mu skrzydeł

Z żużla wyleczyć się nie da. Wiedzą o tym kibice, a jeszcze mocniej uzależnieni od speedwaya są sami żużlowcy. Szybkość, adrenalina, kibice powodują, że zawodnicy wracają do żużla nawet po wielomiesięcznych kontuzjach, karencjach czy dyskwalifikacjach. Ot, choćby wychowanek gorzowskiej Stali Mariusz Staszewski, który zwiedził już niemal połowę polskich klubów i z czterdziestką na karku kontynuuje sportową przygodę.
"Mario" wypłynął na żużlową szeroką wodę dzięki ambitnej postawie podczas zawodów młodzieżowych, kiedy razem z Robertem Flisem nadawali ton rywalizacji. Żmudna praca oraz nieocenione rady szwagra - Piotra Śwista - nie poszły na marne. Mariusz szybko wskoczył do podstawowego składu Stali Gorzów i do 1998 r. stanowił o sile swojej macierzystej drużyny.

Odszedł z Gorzowa w 1998 r., kiedy nad Wartę trafił - na mój pomysł - zaciąg młodych gniewnych w postaci Rafała Okoniewskiego, Tomasza Cieślewicza oraz Romana Poważnego. Staszewski znalazł swoje miejsce w Częstochowie, gdzie z sukcesami startował przez trzy lata. Doskonale pamiętam, jak w 2000 r. przyjechał do Gorzowa na mecz z osłabionym Pergo, startującym bez Jasona Crumpa. Wygrał trzy ważne wyścigi. Pokonaliśmy wtedy Włókniarza po atomowej końcówce 48:42.

Mariusz zmężniał, nabrał niezbędnej rutyny i wrócił w 2001 r. na dwa lata do Gorzowa, by znów startować w drużynie liczącej się w walce o medale. W obliczu problemów finansowych zadecydował o zmianie barw klubowych i zakotwiczył w Rybniku, z którym awansował do ówczesnej ekstraklasy.

Chyba niewielu kibiców pamięta, że po tym przez dwa sezony naprawdę nieźle jeździł dla drużyny z Zielonej Góry. Swoją żużlową karierę zawiesił po sezonie 2007, gdy pogrążony sytuacją finansową bydgoskiej Polonii zdecydował, iż chce poświęcić się pracy zawodowej. Jego kewlar na kołku nie wisiał jednak długo, gdyż po dwóch latach wyjechał na tor w Ostrowie. Nie był to udany powrót, lecz kierownictwo wielkopolskiego klubu dostrzegło w nim olbrzymi potencjał i bardzo pomogło mu sprzętowo. Dzięki temu Staszewski wrócił do poważnego żużla i przez cztery kolejne sezony decydował o obliczu ostrowskiej drużyny. W zeszłym sezonie podjął się trudnej misji - podźwignął z kolan klub z Opola, który bez jego pomocy nie był w stanie rywalizować z innymi zespołami na drugoligowym froncie.

"Mario" to człowiek, który z niejednego żużlowego pieca chleb jadł, wierzy w efekty dzięki pracy własnych rąk. Wiem, że chciałby nawiązać do swoich największych sukcesów - miejsc tuż koło podium w indywidualnych mistrzostwach Polski czy tytułu indywidualnego mistrzostwa Europy zdobytego w 2001 r. w Heusden-Zolder w Belgii.

Wśród czynnych zawodników nie ma już ważnych w historii Stali Gorzów Piotra Palucha, Roberta Flisa, Tomasza Bajerskiego, Tomasza Cieślewicza, Marka Hućki czy Ryszarda Franczyszyna. Jest za to Staszewski. W nadchodzącym sezonie będzie podporą rawickich "Niedźwiadków", które dzięki jego osobie powinny stać się dużo bliższe każdemu prawdziwemu kibicowi żużla nad Wartą.

Więcej o: