Sport.pl

Jak Stelmet zdjął klątwę Robinsona, a historia zatoczyła koło

Nieudana walka koszykarzy Stelmetu Zielona Góra w obronie mistrzostwa, nieudane związki z trzema kolejnymi graczami, którzy z pozycji rozgrywającego i rzucającego mieli dawać wsparcie Łukaszowi Koszarkowi. Coś wam to mówi? Że też zielonogórski klub wcześniej nie wpadł na to, że tak musiała działać klątwa Russella Robinsona...
Amerykański koszykarz właśnie przeszedł w Stelmecie przez okres 10-dniowej próby. W niedzielę został bohaterem Zielonej Góry. I chyba niemożliwe, by po tym drugi raz dostał od Stelmetu kosza, zwłaszcza że klątwa mogłaby znów zadziałać...

Prawie pewny wybór na Euroligę

Życie napisało niesamowicie ciekawą i przewrotną historię. Oto przed starem sezonu 2013/2014, gdy szefowie Stelmet Zielona Góra starannie i trochę z duszą na ramieniu tworzyli drużynę na swoje pierwsze w dziejach klubu spotkanie z Euroligą, głowili się nad obsadą pozycji gracza, który by dawał wsparcie oraz zmiany Łukaszowi Koszarkowi.

Było już wtedy przesądzone, że Walter Hodge wyrusza w bogatszy koszykarski świat. Zresztą Stelmet i tak zawęził sobie krąg poszukiwań. Nie szukał gracza z aspiracjami dominatora. Pierwsze skrzypce dostał w zielonogórskim zespole Koszarek. Chodziło zatem o kogoś, kto grzecznie zniesie trwanie w drugim planie. I z jednej strony ławka rezerwowych nie będzie go parzyła w tyłek, ale z drugiej - jak już się z tej ławki podniesie i wkroczy na boisko, ma z tego wynikać odpowiedni poziom, kontynuacja pewnej strategii, impuls do walki.

Janusz Jasiński, właściciel klubu, z generalnym menedżerem Walterem Jeklinem wyprawili się wspólnie za ocean, by tam wypatrzyć właściwego zawodnika. Ale na koniec wybór padł na człowieka, który był w sumie pod nosem. Bo przez cały poprzedni sezon ganiał po boiskach Tauron Basket Ligi, a w serii finałowej napsuł Zielonej Górze sporo krwi. W barwach PGE Turowa Zgorzelec walczył naprawdę dzielnie. Może dlatego latem 2013 r. Russell Robinson był już reprezentantem Stelmetu Zielona Góra, z dwuletnim kontraktem, służbowym samochodem i w ogóle... Wydawało się, że obie strony ubiły interes bez pudła. Stelmet dość dokładnie wiedział, co prezentuje sobą amerykański koszykarz. Z kolei Robinson znał realia polskiej ligi, graczy w składzie nowego zespołu, nie brakowało mu orientacji w mocy konkurentów z TBL. Wiedział także kto i co znaczy w europejskiej czołówce.

Siedział, nie grał, w końcu odjechał

Z transferu - wydawało się - gwarantowanej, obustronnej satysfakcji wyszła jednak rzecz dziwna i w sumie klapa, dla Russella na pewno przykra. Grał tylko w sparingach i turniejach towarzyskich. W lidze czy Eurolidze nie dostał nawet sekundy. Dlaczego?

- Nie wiem i nie rozumiem - odpowiadał koszykarz. Szefowie klubu zarzucali mu, że przytył i nie robił na boisku tego, co do niego należało. Dziś chyba próbują zmienić wersję i dać do zrozumienia, że to trener Mihailo Uvalin po prostu nie chciał Robinsona w swoim zespole, nie chciał też dać mu szansy. Jakkolwiek było naprawdę, Amerykanin bezproduktywnie przesiedział w Zielonej Górze kilka tygodni, aż jego agent wynegocjował ze Stelmetem warunki rozstania.

Gorące krzesło dla zmiennika Koszarka, aż wreszcie...

Co się działo później? Russell troszkę grał w Libanie, troszkę w D-League, generalnie - nie podbił świata. Ale w Zielonej Górze pozostawił po sobie coś jakby klątwę Robinsona. Bo Stelmetowi nie wypaliła żadna z prób zatrudnienia innego wsparcia dla Łukasza Koszarka. Kandydatów nie przewinęło się zbyt wielu. Erving Walker, Terrell Stoglin, Steve Burtt... to już chyba wszyscy. Niemniej fakt, że w finałach ostatniego sezonu w Stelmecie nie było alternatywy dla Koszarka, mógł kosztować utratę mistrzostwa. A to bolało, bo klub zainwestował wiele, by złoto i Euroliga zostały w Zielonej Górze.

I teraz najlepsze! Rok po rozstaniu Stelmet jakby postanowił cofnąć się do decyzji sprzed ubiegłego sezonu i naprawić przedwcześnie zerwany związek. Wyciągnął Robinsona z ligowego niebytu. Poddał 10-dniowej próbie.

Zanim do tego doszło, trener Saso Filipovski, któremu nie da się nie wierzyć, powtarzał przy każdej okazji, że bez doświadczonego zmiennika dla Koszarka, Stelmet nie zajedzie daleko.

Jeszcze bez oficjalnego komunikatu, ale już z dobrym słowem trenera

W okresie testu Amerykanin wystąpił w dwóch spotkaniach ligowych. Z Polpharmą Starogard Gd. grał 19 minut, z PGE Turowem Zgorzelec tylko 16, lecz w czwartej kwarcie odegrał przed pięciotysięczną widownią istne wejście smoka. Radio Zielona Góra tytułowało relację z meczu na szczycie TBL (78:70 dla Stelmetu): "Russell Robinson show...". Bo w najważniejszych - finałowych minutach spotkania tak to w istocie wyglądało: punkty, asysty, zbiórki, przechwyty, wymuszanie fauli. Bez dwóch zdań - to właśnie Russell dobił gwoździe do porażki lidera, mistrza Polski, a jednoczenie swojego byłego zespołu.

Bodaj w poniedziałek, zatem nazajutrz po meczu miała zapaść decyzja, czy Stelmet zatrzyma testowanego gracza do końca sezonu, czy też zdecyduje się na dalsze poszukiwania. Żaden oficjalny komunikat nie wydostał się z klubu. Nieoficjalnie słychać, że Robinson zdał egzamin. Zresztą po niedzielnej Wiktorii nie wypada mu nie zaufać, a trener Filipovski na pewno głosował "za".

Więcej o: