Kto najlepiej broni w TBL? Rosa... już wie, że Stelmet! [ZDJĘCIA]

Koszykarze Stelmetu Zielona Góra i Rosy Radom grali w sumie podobnie. Ale po stronie wicemistrzów Polski stały małe różnice, które złożyły się na duże zwycięstwo 73:59.
- Panowie, nie o taki początek chodziło! - mógł wykrzyczeć po pięciu minutach walki w niedzielny wieczór Wojciech Kamiński, trener Rosy Radom. Jego drużyna, słynąca z dobrej obrony i z tego, że traci najmniej punktów w Tauron Basket Lidze, nie dając przeciwnikom nic za darmo, przegrywała na boisku w Zielonej Górze 0:12. Ale nawet nie to było dla gości z Radomia wiadomością najgorszą. Poważniejsze zmartwienie wiązało się z przewinieniami Johna Turka. Wiodący gracz podkoszowy Rosy dokonał sztuki, której na pewno nie planował. W pięć minut złapał trzy faule. I już z ławki oglądał, jak jego koledzy wreszcie złamali rzutową zapaść. Tyle że jeden trafiony przez Kima Adamsa rzut chyba nikogo w obozie z Radomia specjalnie nie uradował. Był trochę jak kropla w morzu potrzeb. Stelmet grał o klasę lepiej. Uciekał, powiększał przewagę. Na półtorej minuty przed końcem kwarty wygrywał 22:2!!!

Przegrywających musiało boleć, że dostają lekcję grania w obronie. Coś, co miało tworzyć ważny atut i argument gości, było w istocie opoką gospodarzy spotkania. Koszykarze z Zielonej Góry naciskali na swoich przeciwników na tyle mocno, że w nagrodę dostawali piłkę po stratach lub niecelnych rzutach Rosy. Inna rzecz, że nie wszystkie pudła gości wynikały z tej znakomitej obrony gospodarzy. Pomyłki z wyczyszczonych pozycji też występowały w nadmiarze, bardzo trapiły trenera Kamińskiego i przekładały się na wynik. Rosa ofensywnie nie istniała: przez 20 minut - zero ustrzelonych trójek, procentu trafień z gry - 32. A do kompletu niepowodzeń musiała też doliczyć drobny uraz Kima Adamsa, także ważnego podkoszowego, oraz faule i chyba po prostu marny dzień rozgrywającego Danny'ego Gibsona.

Nie było jednak tak, że do końca pierwszej połowy Rosę gnębiły same złe wieści. Po stronie dobrych dało się zapisać wartościowe wsparcie graczy z ławki rezerwowych oraz obronę. Pod koniec drugiej kwarty osiągnęła stan, który szkoleniowcy i zawodnicy zwykli określać realizowaniem przedmeczowych założeń. Tyle że do przełomu w całej walce oraz do gonienia Stelmetu ekipa z Radomia już potrzebowała czegoś więcej. A faworyt z Zielonej Góry na więcej nie pozwalał. W trzeciej kwarcie pierwsza piątka Stelmetu znów okazała się bezwzględna. Wypracowała przewagę ponad 20 punktów, odarła konkurenta ze złudzeń. Obie ekipy niby grały podobnie, solidnie. Różnica polegała na tym, że wicemistrzowie Polski okrutnie karali swoich przeciwników za chwile nieuwagi, złego ustawienia czy po prostu gapiostwa w organizowaniu obrony, a równocześnie sami podobnych okazji gościom nieomal w ogóle nie stwarzali.

Koszykarze i trenerzy Rosy po trzech kwartach (58:37) chyba już czuli, że nie dopadną faworyta, ale bili się do końca. Wygrali finałową kwartę, nie zabrakło im charakteru. Jednak na boisku rządził Stelmet!

STELMET ZIELONA GÓRA - ROSA RADOM 73:59

KWARTY: 24:8, 12:13, 22:16, 15:22

STELMET: Hosley 16 (1), Zamojski 14 (4), Hrycaniuk 11, Cel 8 (2), Koszarek 4 oraz Troutman 11, Johnson 5, M. Zywert 3 (1), K. Zywert 1,Chanas 0, Kucharek 0, Pełka 0.

ROSA: Turek 14 (1), Sokołowski 7, Gibson 3, Witka 0, Szymkiewicz 0 oraz Adams 11, Mirković 11, Łączyński 7, Majewski 4, Jeszke 2, Zalewski 0.