Sport.pl

Aneta Żuk: Karate dało mi szczęście w życiu

Nikt nie lubi robić sobie krzywdy, staramy się zawsze cało wracać z zawodów, ale niekiedy się nie da. Już kilka razy miałam złamany nos - mówi Aneta Żuk, mistrzyni świata w karate kyokushin.
33-letnia Aneta Żuk z Zielonogórskiego Klubu Karate Kyokushin zdobyła w Tokio tytuł mistrzyni świata, złoto wywalczyła w konkurencji Kat plus 65 kg. - To pierwszy taki sukces w prawie 40-letniej historii naszego klubu - mówi Marcin Żuk, mąż pani Anety, też karateka. - W 2013 roku ja i kolega zdobyliśmy brązowe medale mistrzostw Europy w Legnicy, teraz Aneta zdecydowanie nas przebiła. Nasz trener Eliasz Madej twierdzi, że następny taki sukces trafi się u nas za 120 lat.

Połączyło ich karate

Poznali się w zielonogórskim klubie. - Rozpoczęłam treningi w szóstej klasie szkoły podstawowej, dwa lata później do klubu zapisał się Marcin, od tego czasu się znamy, trenujemy prawie 20 lat - wspomina Aneta Żuk. - Jesteśmy razem od 17 lat, a ślub wzięliśmy osiem lat temu.

- Treningi rozpocząłem po pewnej przygodzie, która przydarzyła mi się w Zielonej Górze - dodaje tajemniczo Marcin Żuk.

Mają dwóch synów, sześcioletniego Pawła i trzyletniego Roberta. Starszy trenuje już od trzech lat, ma za sobą starty w zawodach, gdzie pokazuje wyuczone techniki. - Zdał już trzy egzaminy, medali jeszcze nie zdobywa, bo jest na to za mały - mówi mistrzyni świata. - Póki co bardzo lubi karate, fascynuje się kolorami pasów. Nasz młodszy synek też już zaczyna przymierzać kimono.

Dostała naprawdę mocno

Aneta Żuk wielokrotnie stawała na podium mistrzostw Polski i zawodów Pucharu Polski. Brakowało jej w kolekcji międzynarodowego sukcesu. Blisko było już w maju tego roku na mistrzostwach Europy w Grecji. - W zasadzie wyrwano jej ten medal po niesłusznych werdyktach sędziowskich - mówi pan Marcin. - W decydującej walce o wejście do strefy medalowej nie wszyscy sędziowie uznali prawidłowe kopnięcia Anety.

- Ale odpłaciłam się Holenderce w Tokio, wygrałam z nią w półfinale po dogrywce - dodaje złota Aneta. - W finale zmierzyłam się z Norweżką, walka była ciężka, ale w mojej ocenie cały czas miałam przewagę. Taktykę miałam taką, żeby zdobywać punkty przez kopnięcia dolne, "wyeliminować" nogę rywalki. Moja przeciwniczka okazała się twarda, ciągle stała, co mnie dziwiło, bo kopałam z całych sił. W pewnym momencie Norweżka zaczęła symulować, że dostała w szyję, tak często kombinują ci, którym nie idzie. Kropkę nad "i" postawiłam kopnięciem na głowę, równo z gongiem kończącym walkę.

- Dostała naprawdę mocno - wtrąca z satysfakcją Marcin Żuk. - Kapitalnie się złożyło, że Aneta osiągnęła tak wielki sukces w Japonii, w samej kolebce karate.

Zabrakło tlenu

Mąż mistrzyni świata też walczył w Tokio. Odpadł z turnieju po pierwszym starciu. - Zabrakło mi tlenu, przegrałem z Japończykiem, wtedy aktualnym mistrzem świata - relacjonuje Marcin Żuk. - Spodziewałam się zdecydowanie więcej po tak utytułowanym rywalu. Oglądałem wcześniej jego walki, obawiałem się, że mogę zostać znokautowany. Tymczasem toczyłem równorzędny bój, zabrakło dosłownie dziesięciu sekund do dogrywki. Wyraźnie nie wystarczyło mi kondycji, ja zwolniłem, a przeciwnik przyspieszył. Mam duży niedosyt, może popełniłem jakiś błąd w treningu.

Wpływ na to mogła mieć długa podróż i różnica czasu dzieląca Europę od Japonii. - Byliśmy na miejscu 48 godzin przed moją pierwszą walką, za późno pojechaliśmy, ciężko było nam dostosować się do zmiany czasu - twierdzi Aneta Żuk. - Pierwsza walka była najgorsza, byłam zmęczona, nie czułam się bardzo aktywna, później na szczęście było już znacznie lepiej. Moim marzeniem było zajęcie trzeciego miejsca na podium.

W świątyni mistrza

Będąc w Japonii nie mogli nie skorzystać z okazji do odwiedzania miejsca, które chce zobaczyć każdy karateka. - Trzy dni byliśmy w wiosce Mitsumine, w miejscu, gdzie przed laty trenował twórca stylu kyokushin Masutatsu Oyama - opowiada Aneta Żuk. - Mogliśmy ćwiczyć w tych samych salach, widzieliśmy całą świątynię, trenowaliśmy pod wodospadem, wszystko to jest marzeniem każdego karateki. Aż ciarki nas przechodziły, gdy szliśmy z autokaru do bramy wejściowej. Tokio też zrobiło na nas niesamowite wrażenie. Piękne miasto, widoki niezapomniane.

Koszty - tak, profity - nie

Żeby ruszyć do Japonii, musieli sami zorganizować sobie pieniądze na podróż. - Częściowo pomógł nam wójt gminy Zielona Góra Mariusz Zalewski, któremu bardzo dziękujemy - mówi Marcin Żuk. - Resztę musieliśmy sami wykombinować, w tym miejscu serdecznie dziękujemy również wszystkim, którzy nam ciągle pomagają.

Złoty medal mistrzostw świata nie zrekompensował poniesionych kosztów. - Bo tu nie ma nagród pieniężnych, wróciliśmy do Polski z wielką satysfakcją, dyplomem i pucharem - mówi zielonogórska mistrzyni. - To nie jest sport olimpijski, może dlatego nie możemy liczyć na wielkie nagrody. Koszty jednak musimy ponosić.

Styl na gołe pięści

Po stronie kosztów jest m.in. leczenie urazów, bo styl kyokushin jest bardzo kontaktowy. - Walczymy w pełnym kontakcie, na gołe pięści, odczuwamy ból - wyjaśnia pan Marcin. - Dozwolone są okrężne kopnięcia na głowę, a na mistrzostwach Europy nawet na twarz. Nie uderzamy pięściami w twarz, bo nie mamy ochraniaczy, nie mamy kasków.

- Powinno się używać ochraniaczy na zęby, ale my raczej nie stosujemy, bo się ciężko oddycha - dodaje Aneta Żuk, a jej mąż opowiada o zdarzeniu, jakie spotkało go na mistrzostwach Europy w Legnicy: - W pierwszej walce rywal wybił mi jedynkę, później już zakładałem ochraniacze. Sfaulował mnie, uderzył pięścią w twarz. Dokończyłem walkę, zawziąłem się i wygrałem. Ząb mi się złożył i wbił się w podniebienie. Prostowałem go przed kolejnym starciem. Zawodnicy z Rosji mi pomogli, mówili "kolego pokażemy ci, jak to się u nas robi, tylko zamknij oczy". I wyprostowali mi tego zęba. Dyskomfort pozostaje do dziś, ząb czasem pobolewa. Trudno, ważne, że był medal.

- Ja miałam kilka razy złamany nos na treningach, złamałam też nogę - mówi o swoich urazach Aneta Żuk. - Dwa lata temu na zawodach niższej rangi dziewczyna uderzyła mnie pięścią w twarz, ząb przebił mi wargę, kolczyka można było włożyć, ale zagoiło się. Niektórzy nieumyślnie powodują urazy, ale niestety są tacy, którzy celowo faulują. Dostają tylko ostrzeżenie, a rywal jest osłabiony, cierpi. Taki jest urok tego sportu. Oczywiście nikt nie lubi robić sobie krzywdy, staramy się zawsze cało wracać z zawodów, ale niekiedy się nie da.

Im wszystkim "dziękujemy"

- Już nieraz mówiono mi, żebym sobie odpuściła walki, że matka dwójki dzieci nie powinna tego robić - mówi mistrzyni świata. - Zniechęcano mnie, a ja łatwo się dołuję. Na szczęście zawsze jest przy mnie Marcin. Gdy mówiłam, że nie dam rady, on mną potrząsnął i wychodząc na matę czułam się wielka. Z chęcią udowodnienia, że potrafię dokonać czegoś szczególnego.

Mąż pani Anety ma z tej okazji szczególne "podziękowania": - Dziękujemy tym osobom, które w nas nie wierzą, bo to nam daje jeszcze więcej siły do walki, do treningów. Dziękujemy tym, którzy nie wierzyli przed mistrzostwami Europy w Legnicy i teraz przed Tokio.

Dostali szczęście w życiu

Aneta i Marcin Żukowie mieszkają w Ochli, mają tam swoją szkółkę karate. Ona pracuje jako nauczyciel wychowania fizycznego w szkole podstawowej w Leśniowie Wielkim. Tam też prowadzi zajęcia karate. - To fajna, mała szkoła, pozdrawiam wszystkich jej pracowników i uczniów.

On zajmuje się treningami dzieci w szkółce, chce zostać strażakiem. - Za pierwszym podejściem trochę mi zabrakło, czekam teraz na kolejny nabór.

Zgodnie twierdzą: - Może karate nie daje nam kokosów, ale dało nam szczęście w życiu. Bez tego sportu pewnie nie poznalibyśmy się. Mamy pasję, trenujemy, możemy prowadzić klub. Od karate kyokushin dostaliśmy bardzo wiele.

WIĘCEJ INFORMACJI SPORTOWYCH SZUKAJCIE NA ZIELONA GÓRA.SPORT.PL