Sport.pl

Koszalin był mocny, dopóki nie wpadł na Stelmet. 1:0 dla Hosleya

Wokół starcia grającego poniżej oczekiwań Stelmetu Zielonej Góry oraz wznoszącego się na zwycięskiej fali AZS Koszalin rosła otoczka do zażartego meczu z finałem, który nie musiał być pomyślny dla faworyta i wicemistrza Polski, czyli Stelmetu. Ale już pod koniec pierwszej połowy koszykarze zespołu z Zielonej Góry skasowali widoki na niespodziankę. Zwyciężyli bezdyskusyjnie 91:79.
Zapowiedzi meczu stały pod znakiem pojedynku wielkich gwiazd Tauron Basket Ligi: Qyntela Woodsa z AZS Koszalin oraz Quintona Hosleya ze Stelmetu.

Trenerzy obu drużyn niby trochę z tego kpili, spychali na margines. Ale w sumie nie zepsuli kibicom oczekiwań. Dwaj panowie Q często grali twarzą w twarz i nawzajem pilnowali swoich poczynań. Dało się z tego wychwycić kilka smakowitych scen, gdy jeden zagrał drugiemu na nosie. Gdy Woods błysnął solówką, Hosley replikował przechwytem. Tyle że te starcia w żaden sposób nie zepchnęły reszty boiskowych wydarzeń w cień.

- W naszym zespole niemal każdy gracz ma predyspozycje, by zostać strzelcem meczu - charakteryzował ekipę AZS skrzydłowy Piotr Stelmach. O Stelmecie - odkąd Steve Burtt przestał forsować sobie pozycje rzutowe - da się powiedzieć to samo. Ale może właśnie dzięki temu mecz układał się ciekawie. I przez półtorej kwarty nie udawało się wskazać lepszego.

AZS prowadził i przeżywał dobre chwile, gdy Chorwat Goran Vrbanc urwał się na czyste pozycje do rzutów za trzy punkty. Tyle że finisz pierwszej połowy już zdecydowanie należał do Stelmetu. Wtedy zacieśniła się zielonogórska obrona. Zmusiła graczy z Koszalina do bezefektywnej wymiany podań oraz całej palety innych koszykarskich błędów. A po zatrzymywaniu akcji przeciwników gospodarzom łatwiej wyprowadzało się skuteczne riposty. Bezcenne bywało przyspieszenie Burtta, ale także to, że do grona groźnych snajperów wrócił Aaron Cel.

Chevon Troutman łowił ofensywne zbiórki. Był wszędzie tam, gdzie toczyła się najtwardsza walka. Zresztą cała podkoszowa robota układała się zielonogórskiej ekipie na tyle dobrze, że kontuzjowany Adam Hrycaniuk mógł oglądać starania swoich kolegów bez dodatkowego żalu, że nie może im pomóc.

Po dwóch kwartach Stelmet wygrywał 44:31. I już wówczas kroił się koniec zwycięskiej serii Koszalina. Stelmet nie stracił dobrego rytmu w drugiej połowie. O wiele sprawniej od przeciwników przechodził z obrony do ataku. Nie brakowało w tym wszystkim pasji i polotu. A AZS? Po prostu nie nadążał za zrównoważoną grą faworyta. W ostatnich minutach walczyły tylko i aż o to, by nie skończyło się pogromem.

A który Q wypadł lepiej? No jasne, że ten, który grał w zwycięskiej drużynie!

STELMET ZIELONA GÓRA - AZS KOSZALIN 91:79

KWARTY: 19:22, 25:9, 23:17, 24:31

STELMET: Hosley 16 (2), Koszarek 16 (4), Cel 15 (1), Johnson 15 (1), Zamojski 0 oraz Burtt 19 (3), Troutman 8, Kucharek 2, Chanas 0, Pełka 0.

AZS: Woods 24, Vrbanc 20 (4), Swanson 14 (2), Szewczyk 8 (1), Mielczarek 1 oraz Sherman 9, Stelmach 3 (1), Austin 0, Pacocha 0, Dąbrowski 0.

Więcej o: