Finał TBL. Grzmiały armaty Turowa. Ale Stelmet miał Koszarka

Koszykarze Stelmetu Zielona Góra gonią PGE Turów w finałowej serii play-off Tauron Basket Ligi. Po dwóch porażkach w Zgorzelcu we wtorek we własnej hali Stelmet wygrał po dogrywce 93:92. I w serii przegrywa 1-2. Rzuty na wagę zwycięstwa należały do kapitana Stelmetu Łukasza Koszarka. Ale goście z PGE Turowa nie mieli wątpliwości, że żadne rzuty się nie należały.
Tak czy owak po meczu zielonogórskie trybuny skandowały: "Kapitan! Kapitan!". W tle przebijały się okrzyki z sektora fanów gości. Oni wykrzykiwali z kolei pod adresem sędziów: "Złodzieje! Złodzieje!". A przecież początek meczu nie zapowiadał tak szalonego końca...

Stelmet zabrał się za odrabianie strat ze Zgorzelca od prężnego uderzenia. Przy prowadzeniu mistrzów 10:0 trener gości Miodrag Rajković już chwytał się przerwy w meczu, choć zwykle nie nadużywa tego przywileju. Woli, żeby jego gracze sami wychodzili z opresji. Ale tym razem PGE Turów zaczął za bardzo indywidualnie w ataku, bez skuteczności, koncentracji i za delikatnie w obronie. Mistrzowie dostawali wiatr z trybun i mogli mówić, że wreszcie coś im się udaje w finałowej serii. A udawała się przede wszystkim obrona. Kosz nie przyjmował rzutów graczy PGE Turowa, a Stelmet miał się świetnie w potyczkach o zbiórki, po zbiórkach wyprowadzał ataki szybkie i groźne.

Na dwie minuty przed końcem kwarty otwierającej mecz mistrzowie wygrywali 22:11. Ale tu kończyła się ich krótka dominacja. Coraz mniej zostawało z brawurowego otwarcia meczu. Zgorzeleccy gracze ogarnęli się po falstarcie. Kapitan Filip Dylewicz przebił się kilka raz przez zasieki Stelmetu. Wygrywał sytuację jeden na jednego, a nawet jeden na dwóch. I robiły się z tego chwile przełomu. Atak PGE Turowa wracał na poziom znany z poprzednich spotkań, poziom zabójczy dla Stelmetu. Już po niespełna trzech minutach drugiej kwarty nie zostało nic z przewagi gospodarzy spotkania. Prowadzenie 26:25 przejęli goście. Ale nic za darmo! Trzy przewinienia, w tym jedno strasznie głupio, złapał Tony Taylor. Koszykarze ze Zgorzelca w ogóle faulowali ponad normę. Z czego później mogły się wziąć kłopoty. Jednak na ten czas z kłopotami nie radził sobie głównie J.P. Prince. Amerykanin grał w pierwszej połowie tak, jakby cały potencjał na finały wykorzystał w meczu numer jeden, a po nim zgasł. I to ograniczało pole manewru Rajkovicia, tworzyło też ułatwienie dla Stelmetu, który na finiszu drugiej kwarty wyraźnie łapał drugi oddech. Chociaż zawodników i trenerów PGE Turowa mocniej mogło martwić to, że euroligowo rozkręcał się Vladimir Dragicević. Czarnogórzec dawał popis gry, zaangażowania. I w takich chwilach stawał się koszykarzem poza zasięgiem przeciwników. Trzeba też oddać całej zielonogórskiej drużynie, że na tle Zgorzelca bazowała na zespołowym ataku. Rozgrywający Łukasz Koszarek w kwadrans rozdał kolegom aż osiem asyst. U rywali rubryka z podaniami otwierającymi drogę do kosza jakby kompletnie nie istniała. W ekipie PGE Turowa odczucia zgadzały się chyba z tym, co Stelmet przeżywał w spotkaniu numer jeden. Zgorzelczanie skarżyli się na prowokacyjne gesty rywali, upominali się o inne decyzje sędziów, pudłowali, przez 20 minut nie ustrzelili choćby jednej trójki. Po tym jak skasowali straty i dopadli Stelmet, ponownie dotknęła ich niemoc. Stąd pierwszą połowę wygrali mistrzowie 44:36.

Całą trzypunktową frustrację z pierwszej połowy zespół ze Zgorzelca powetował sobie w trzeciej kwarcie. A kiedy ta broń "dalekiego zasięgu" zaczęła służyć gościom, mecz zrobił się taki, że na trybunach zielonogórskiej hali mało kto siedział. Łukasz Wiśniewski doprowadził Stelmet do rozpaczy, trafiając cztery trójki na pięć prób. W sumie zaś przez całą trzecią kwartę PGE Turów wypalił wprost do zielonogórskiego kosza osiem trzypunktowych rzutów.

Stelmet po prostu musiał odpowiedzieć w ten sam sposób, żeby nie odpaść z gry o zwycięstwo. I oto niczym z kapelusza wyskoczył w czwartej kwarcie Aaron Cel. Wcześniej przez całą serię Cel rzucał wszędzie, tylko nie do kosza. Gdy jednak we wtorek w minutę ripostował na serię gości dwiema szybkimi trójkami, do mistrzów wróciła wiara i dobry wynik. A PGE Turów jakby nie wyciągał wniosków. Gdy tylko zostawiał Cela na pozycji, za chwilę żałował.

Zdawało się, że Stelmet zapanował nad meczem. Przez ostatnie minuty grał spokojnie, nie robił głupich strat, zawodził na linii wolnych, lecz stale trzymał kilka punktów zapasu. I co? I Wiśniewski znów dostał podanie w narożniku boiska. Na ławce Zgorzelca rezerwowi już nawet nie czekali, aż piłka doleci do kosza. Cieszyli się od razu. I mieli rację. "Wiśnia" był we wtorkowym meczu wręcz niemożliwy. Podobnie zresztą jak finisz czwartej kwarty. W ciężkim dla gospodarzy momencie wykazał się kapitan Łukasz Koszarek. Ale to jeszcze nie wystarczyło do zwycięstwa. Bo 81:81 zrobiło się po rzucie Damiana Kuliga. Stelmet miał całe 19 sekund na odpowiedź. Nie odpowiedział. Stanęło na remisie. Losy walki koszykarzy z Zielonej Góry i Zgorzelca musiała rozsądzić dogrywka. A w niej Koszarek ponownie wyciągnął mistrzów z zapaści. Tyle że Wiśniewski nie miał litości dla mistrzów. Szósty raz trafił z dystansu. Szala przechylała się na stronę gości. Jeszcze mocniej wtedy, gdy na finiszu dogrywki Zamojski po stracie ratował się przewinieniem niegodnym sportowca. Dwa wolne i piłka z autu mogły pogrążyć Stelmet. Nie pogrążyły, bo Turów popsuł akcję. Nie zdołał dobić mistrza, gdy miał okazję. A po chwili w ostatniej szarży Koszarka sędziowie dostrzegli faul. Koszarek na sekundę przed końcem trafił wolne i zamknął walkę zwycięstwem, które daje mistrzom szansę na odrobienie strat. W czwartek o godz. 18.30 w Zielonej Górze czwarty mecz finału.

STELMET ZIELONA GÓRA - PGE TURÓW ZGORZELEC 93:92

KWARTY: 25:20, 19:16, 14:25, 23:20

DOGRYWKA: 12:11

STELMET: Zamojski 21 (4), Eyenga 19 (1), Dragicević 18, Koszarek 10 (2), Brackins 9 oraz Cel 14 (3), Cesnauskis 2, Ginyard 0, Hrycaniuk 0, Chanas 0,

PGE TURÓW: Dylewicz 26 (4), Wiśniewski 24 (6), M. Taylor 6, Prince 7, Zigeranović 0 oraz Kulig 10, Nikolić 10, Chyliński 4, Jaramaz 3 (1), T. Taylor 2, Stelmach 0.