Sport.pl

Jak zmieniała się rola Chanasa w Stelmecie? Mocno

Grał po pół godziny w meczu, rzucał po 11 pkt, był kapitanem drużyny, śpiewał kibicom piosenki o młodym junaku. Dziś już raczej w cieniu kolegów, minut i punktów zbiera dwa razy mniej. A jednak Kamilowi Chanasowi ciągle dobrze się pracuje i mieszka w Zielonej Górze. Coraz bardziej marginalizowana rola w grze to jedno, ale dobry kontrakt w dobrym klubie, bliskość domu oraz posada dla żony to drugie i ważniejsze - z takiego założenia wyszedł koszykarzy, wiążąc się ze Stelmetem kontraktem do 2016 r.
Gdy latem 2011 r. Chanas przenosił się z Polpharmy Starogard Gdański do Zastalu Zielona Góra, był to bardziej sukces zielonogórskiego klubu niż zawodnika.

Rzucający obrońca, wychowanek Śląska Wrocław miał za sobą medalowy sezon i dość mocną pozycję w Polpharmie z opcją pozostania na dłużej.

Zielonogórzanie w tamtym czasie z dołu patrzyli na podium i kluby z czołówki ekstraklasy, nikomu nie śniło się jeszcze mistrzostwo czy Euroliga. Co zatem skłoniło koszykarza do przeprowadzki? - Bardzo konkretna oferta, najlepsza pod każdym względem. Szansa rozwoju i bliskość Wrocławia - wyliczał Chanas.

Z szansą rozwoju ani trochę nie przesadzał. W Polpharmie pełnił rolę pierwszego wchodzącego do gry z ławki. Średnio w meczu grał po 23 minuty. Tymczasem przez pierwszy sezon w zielonogórskim Zastalu stał się jednym z absolutnie najważniejszych graczy. Trenerzy Tomasz Jankowski, a po nim Mihailo Uvalin dawali mu po 29 minut w spotkaniu. Koszykarz z nr 13 na koszulce, boiskowy spryciarz, spec od trafień za trzy punkty i akcji nietypowych, przekuwał minuty na zdobycze. Ze statystyk wynikało, że zaliczył najlepszy sezon w całej karierze. A zielonogórska drużyna też pięła się w górę. Wbiła się na podium. Po pamiętnej i porywającej serii w ćwierćfinale wyeliminowała Energę Czarnych Słupsk. Później bezdyskusyjnie przegrała półfinały z Asseco Gdynia. Za to w meczach o brąz dopadła zrezygnowanych i zdekoncentrowanych półfinałową klęską koszykarzy PGE Turowa Zgorzelec.

Po tak udanym pierwszym sezonie latem 2012 r. Chanas zawarł z zielonogórskim klubem nowy, dwuletni kontrakt. - Prezesi byli tutaj tacy szybcy w rozmowach i w działaniu, że nawet nie zdążyłem odmówić żadnej innej drużynie - śmiał się Chanas. Jego życiowa partnerka (dziś już żona) Magdalena Choroszy tworzyła w Zielonej Górze grupę czirliderek, a klub zmieniał szyld z Zastalu na Stelmet i otwarcie budował skład na sukces cenniejszy niż brąz.

W drodze do pierwszego mistrzostwa znów przełomowa okazała się ćwierćfinałowa seria play-off z Energą Czarnymi Słupsk. A Chanas znów był postacią dość ważną. Grał i punktował już mniej. Jednak na 21 minut jego udziału w meczu jeszcze nie wypadało narzekać, zwłaszcza że trener Uvalin bazował wtedy na czwórce wspaniałych obcokrajowców.

Dopiero w trzecim, czyli ciągle trwającym, sezonie koszykarz z Wrocławia na dobre musiał przywyknąć do ławki rezerwowych. W Eurolidze bywały takie mecze, w których w ogóle nie powąchał boiska. Czirliderki trenowane przez Magdalenę Chanas walczyły o wyjazd na Final Four Euroligi, a mąż pani trener przeżywał trudne chwile ostatniego w rotacji.

W TBL też zdarzały się ledwie pięciominutowe epizody. - Ale Kamil to taki typ gracza, który nie grymasi. Od czasu gdy związał się z Zieloną Górą, klub rósł, zmieniały się cele, skład stawał się mocniejszy, a Kamil zawsze był gotowy, żeby w każdej chwili wejść na plac i dać z siebie wszystko - pochwalił Walter Jeklin, menedżer Stelmetu. I tak to rzeczywiście wygląda. Chanas osiem razy zaczynał spotkania w piątce starterów. O wiele częściej wchodzi z ławki, daje krótkie, energetyczne zmiany. Średnio zbiera się tego 14 minut w meczu i 6 pkt.

W Tauron Basket Lidze znalazłoby się wiele drużyn, które powierzyłyby doświadczonemu zawodnikowi więcej minut i większą odpowiedzialność. A jednak priorytet w rozmowach o nowym kontrakcie zachował Stelmet. Na dwa dni przed startem serii finałowej play-off strony poinformowały o nowym dwuletnim kontrakcie. Chanasowi już chyba nie wypadało mówić, że w Zielonej Górze dostaje szanse na rozwój. Jeżeli zespół obroni złoto, a klub uskłada wymarzony budżet, by poszaleć w Eurolidze, rola wychowanka Śląska w pucharowych potyczkach prawdopodobnie stanie się jeszcze mniejsza. - Ale cieszą mnie miłe słowa. O mnie i o mojej żonie, o tym, że jesteśmy tu potrzebni - docenił gracz Stelmetu. Gdy przeprowadzał się do Zielonej Góry, miał 26 lat. Kiedy wypełni nowy kontrakt, stanie się 31-latkiem. I nie będzie już raczej młodym junakiem. Jednak decyzji z 2011 r. żałować nie może. Dotychczasowe trzy lata w Zastalu i Stelmecie przyniosły mu trzy medale mistrzostw Polski. Koszykarzowi i klubowi życzymy, żeby w 2016 r. było pięć na pięć!

Więcej o: