Sensacja w Zielonej Górze. Asseco łapie mistrza

Nawet nie chodzi o to, że koszykarze Asseco Gdynia wygrali na wyjeździe ze Stelmetem w Zielonej Górze 71:58, bo z mistrzami wygrywali już w sezonie zasadniczym. Ale zdumiewające było to, jak łatwo gdynianie poradzili sobie z mistrzem i faworytem ligi, a dzięki temu wyrównali stan ćwierćfinałowej rywalizacji w play-off na 1:1. Teraz seria przenosi się na dwa mecze do Gdyni.
W meczu numer jeden koszykarze Stelmetu wykonali o tyle dobrą robotę, że już w pierwszej połowie odebrali złudzenia swoim rywalom oraz tym, którzy wietrzyli niespodziankę. Ale pogrom z piątku wywołał też skutek negatywny. W niedzielę trybuny hali CRS wypełniły się ledwie w połowie. Pora rozpoczęcia meczu (16) nie była może najszczęśliwsza. Ale poszło też o to, że kibice potrzebują jednak trochę więcej emocji, mniej zaś jednostronności.

Żeby zapachniało emocjami, na wysokości zadania musieli stanąć przede wszystkim gracze Asseco. W pierwszej kwarcie spisywali się naprawdę dzielnie. Zawzięcie bronili, a w ataku bazowali na podaniach pod kosz do Ovidijusa Galdikasa. Litwin łapał większość podań, z czym czasami miewa problemy. Łapał i zamieniał na punkty. A wyróżniał się nie tylko w ataku. 217 cm wzrostu przydało mu się, i to bardzo w pojedynkach o defensywne zbiórki.

Konsekwentna i dojrzała gra gości z Gdyni trwała przez całą pierwszą kwartę. Asseco częściej trzymało się na minimalnym prowadzeniu. I w sumie po 10 minutach walki rywale Stelmetu mogliby mówić, że sprawy toczą się po ich myśli, gdyby nie jeden istotny fakt. W siedem minut gry trzy faule złapał Piotr Szczotka. W dość ubogim kadrowo Asseco to mogło oznaczać gruby kłopot.

W połowie drugiej kwarty o kłopotach więcej i głośniej mówiło się jednak na ławce Stelmetu. Gospodarze przegrywali 21:26. Trener Mihailo Uvalin prosił o przerwę w meczu. Bo ataki jego drużyny coraz częściej rozbijały się o obronę Asseco. A pod drugim koszem Przemysław Frasunkiewicz i A.J. Walton - po trosze siłą, po trosze sposobem - wychwytywali luki w defensywnym układzie mistrzów Polski. Dzięki temu goście ciągle wygrywali. Wprawdzie na finiszu drugiej kwarty napotkali takie zasieki pod koszem Stelmetu, z którymi nie radzili sobie przez kilka akcji. Ale pomogło im rozciągnięcie ataku na strefę trafień trzypunktowych. Na tym samym elemencie przejechali się z kolei koszykarze Stelmetu. Z 12 przymiarek w pierwszej połowie meczu do kosza pasowała tylko jedna. M.in. dlatego mistrzowie kończyli połowę z bardzo wątłym, jak na nich, dorobkiem 28 pkt. Przygrywali 28:37. Galdikas mógł już w tym momencie chwalić się double-double: 10 zbiórek i 11 pkt.

W przerwie meczu w szatni gości chyba musiały paść krótkie słowa: - Tak trzymać! Bo gdynianie szybko wybiegli na boisko. Gospodarze spotkania naradzali się dłużej. Cokolwiek zielonogórscy gracze i trenerzy uradzili, dość długo nie potrafili zrealizować. Im dalej w mecz, tym faworytom robiło się mocniej pod górkę. Na kwadrans przed końcem przegrywali 20 punktami (32:52)! Asseco czuło się bardzo pewnie w obronie, a zbiórki i kontry poszerzały opcje ataku. Ułatwiały całą grę.

23 punkty przewagi gości u schyłku trzeciej kwarty - to już nie były żarty, ale poważna zapowiedź gorącej walki. Bo Stelmet nie mógł zostawić serii gości bez odpowiedzi. Dość szybko, korzystając z odpoczynku i nieobecności Waltona, mistrzowie odrobili część strat. Niemniej, Asseco nie przestraszyło się tego pościgu, ani otwierającej się szansy. Sporo krwi psuł zielonogórzanom Galdikas. Niecelne rzuty dobijał nawet na trzy razy, a i tak żaden z przeciwników nie umiał skoczyć wysoko, by mu przeszkodzić. Swoje pięć minut zaliczył też niechciany w Zielonej Górze Filip Matczak.

W ogólnym wymiarze druga i trzecia kwarta przebiegły zdumiewająco. Jeżeli przed rozpoczęciem serii panowała opinia, że kluczowym atutem Stelmetu okaże się gra w ataku, to obrazki z boiska mówiły, że skromniej uzbrojony przeciwnik wprost kpił z tego atutu. Asseco stawało do finałowej części meczu z zapasem 21 punktów (42:63). Czas zaczynał pracować na korzyść Gdyni. Tyle że zmęczenie chyba już także dawało się we znaki. Uvalin co kilka minut rzucał do walki świeże siły, gdy wśród gości Goldikas już coraz częściej pudłował, stojąc sam na sam z koszem. I jego koledzy musieli zacząć rzucać tak, by Litwin już nie musiał dobijać.

Gdy do końca zostawało pięć minut z okładem, Uvalin prosił o czas ostatniej nadziei na istotny zwrot w spotkaniu. Postawił na współpracę Łukasza Koszarka i Vladimira Dragicevicia, czyli na to, co trzymało Stelmet w europejskich pucharach. Po dwóch akcjach duetu asów, David Dedek, szkoleniowiec Asseco, reagował od razu i przestawił obronę. A w ataku - w ostatnich minutach meczu - koszykarze z Gdyni już bardziej kradli sekundy niż punktowali. Pościg Stelmetu zbliżył się. A obrona stała się tak agresywna, że sędziowie co chwilę gwizdali faule, a gości czekał egzamin z rzutów wolnych.

STELMET ZIELONA GÓRA - ASSECO GDYNIA 58:71

KWARTY: 15:15, 13:22, 14:26, 16:8

STELMET: Koszarek 12 (2), Dragicević 10, Brackins 10 (1), Eyenga 8, Zamojski 3 (1), oraz Chanas 7 (1), Cel 4 (1), Ginyard 2, Cesnauskis 2, Sroka 0, Hrycaniuk 0.

ASSECO: Walton 16 (2), Galdikas 16, Szczotka 15 (1), Dmitriev 8 (2), Seweryn 0, oraz Frasunkiewicz 11, Matczak 4, Kowalczyk 0, Żołnierewicz 0.

Więcej o: