Sport.pl

Wieczór z życia mistrzów: Orbita zdobyta, Zamojski oszczędzony

Euroligowe wyczyny zobowiązują! Po triumfie w Monachium drużyna Stelmetu Zielona Góra wyprawiła się do Wrocławia, by pokazać, kto rządzi w lidze i utrzymać lokatę lidera. Śląsk się starał, ale od drugiej kwarty goście mieli mecz pod kontrolą.
Zielonogórscy koszykarze nie stawali przed łatwym egzaminem. Musieli obdarować przeciwnika pełną koncentracją oraz zaangażowaniem, chociaż wiedzieli, że potencjał Śląska w żaden sposób nie przystaje np. do Bayernu.

Dla wrocławskich koszykarzy i kibiców spotkanie ze Stelmetem było wydarzeniem odświętnym, wyzwaniem. W takim wypadku nadzwyczajna mobilizacja rodzi się sama i nie trzeba nad nią pracować. Tymczasem gracze zespołu z Zielonej Góry stawali do meczu jednego z wielu i jednego z takich, które w ten czy inny sposób należy wygrać.

Rzecz dziwna - po pierwszej połowie obie drużyny mogły trzymać się myśli, że robią to, co do nich należy. Śląsk kombinował z ustawieniami obrony. Starał się w sposób błyskawiczny przeprowadzać piłkę spod własnego kosza do pola ataku. Wrocławscy zawodnicy rzucali się w wir podkoszowej walki o ofensywne zbiórki. I wypada im przyznać, że wypadali w tej dziedzinie całkiem sprawnie, choć przecież panuje powszechna opinia o podkoszowej słabości w składzie Śląska. Zresztą gospodarze w ogóle nie unikali twardej, fizycznej walki. Na początku prowadzili. A później dwa razy kasowali straty, gdy Stelmet zrywał się do ucieczki. Pierwszy zryw gości powstrzymał Danny Gibson, trafiając małą seryjkę rzutów z dystansu. Za drugim razem, gdy zrobiło się już 32:44, wyróżnił się Dominique Johnson.

Satysfakcja mistrzów z Zielonej Góry wiązała się po pierwsze z wynikiem. Goście kontrolowali niemal cała drugą kwartę. I na pewno widzieli, że gdy tylko gra zaczyna się im euroligowo zazębiać, rywal nie daje rady. Drugi plus polegał na tym, że zielonogórzanie wygrywali, oszczędzając przy tym jednego ze swoich asów - Przemysława Zamojskiego. Zdrowie tego koszykarza jest dla Stelmetu bezcenne. "Zamoj" dostał w niedzielę wolne, bo istniała obawa o odnowienie urazu, który już się w tym sezonie odzywał.

Miejsce Zamojskiego w pierwszej piątce zajął - co zaskakujące - Maciej Kucharek. Trener Mihailo Uvalin po kilku minutach ocenił jednak, że młody gracz nie dość dobrze korzysta ze swojej szansy. I na boisku we wrocławskiej Orbicie pojawił się Kamil Chanas. Akurat jemu nie mogło w tym spotkaniu brakować motywacji. Wrocław to jego miasto, a Śląsk to jego klub. Chanas aktywny był za dwóch. Tyle że akurat w porównaniu gry obwodowych zawodników Śląsk trzymał się dzielnie. Nie zmieniała tego nawet choroba i przez nią słabsza dyspozycja rozgrywającego Roberta Skibniewskiego.

Gibson, Johnson, Kikowski i Malesević mieli w meczu trochę dobrych chwil. Dzięki temu wrocławianie trzymali się blisko. Pięć punktów - tyle najczęściej dzieliło rywalizujących. Gdyby temu ostatniemu z wymienionych rzut służył lepiej, gospodarze mieliby mistrzów na wyciągnięcie ręki, czyli jedną skuteczną akcję. Chyba że wówczas Stelmet reagowałby, podkręcając poziom gry. Wydawało się, że goście trzymali w zanadrzu rezerwy. Uvalin nie szastał siłami np. Vladimira Dragicevicia. Jednak nawet bez Czarnogórca zielonogórzanie trzeci raz w meczu uciekli, w samej końcówce trzeciej kwarty, na 10 punktów. Zatrzymali kilka akcji, skontrowali, odskoczyli. I pewnie, w kontekście zbliżającego się starcia w Eurolidze, już nie chcieli czuć na plecach oddechu kolejnego pościgu Śląska.

Życzenie się spełniło. Bo Stelmet przykładał się do prac obronnych. A Śląsk nie miał odpowiednich narzędzi, by zielonogórską obronę rozmontować. Próbował Paweł Kikowski, na początku spotkania krwawo uderzony w łuk brwiowy. Z zabandażowanym czołem, niczym Kmicic postrzelony przez Radziwiłła, zdobywał sporo punktów. Jednak przeciwnik był po prostu silniejszy i skuteczniejszy. Z dwóch rzutów gości, jeden wpadał do celu. Za to wrocławianom było daleko do 50-procentowej skuteczności.

ŚLĄSK WROCŁAW - STELMET ZIELONA GÓRA 74:82

KWARTY: 20:22, 19:23, 17:21, 18:16

ŚLĄSK: Kikowski 22 (3), Johnson 15 (1), Gibson 11 (3), Malesević 10, Hyży 2 oraz Sulima 8, Thompson 2, Mroczek-Truskowski 2, Skibniewski 2, Gabiński 0.

STELMET: Eyenga 20, Brackins 9 (2), Koszarek 8, Dragicević 6 (1), Kucharek 0 oraz Walker 13 (1), Chanas 13 (1), Cel 10 (1), Sroka 3 (1), Hrycaniuk 0.

Więcej o: