Sport.pl

Dogrywka w meczu Stelmet - Trefl. "Ładnie się chłopacy bili"

Koszykarze z Sopotu byli o krok od dużego wyczynu. W miesiąc mogli wywieźć z hali faworyta Tauron Basket Ligi dwa zwycięstwa. Wygrali w grze o superpuchar, a w poniedziałek mogli to powtórzyć, gdy w puli były ligowe punkty. Na minutę przed końcem czwartej kwarty poniedziałkowego starcia w Zielonej Górze sopocianie prowadzili różnicą czterech punktów.
Jednak na początku zapowiadało się, że Stelmet nie powtórzy grzechów z walki o superpuchar. Po trzech minutach prowadził 10:6. Chociaż - ciekawostka - dało się też zapisać, że to Christian Eyenga wygrywał tyle z sopocianami, bo wszystkie zdobycze z początku gry należały właśnie do niego. Ale koszykarze z Sopotu wiedzieli, że Kongijczyk może sobie szaleć, byle nie udawało się to całej zielonogórskiej drużynie.

Przewaga gospodarzy zyskała istotniejszy wymiar nieco później, gdy Kongijczyka nie było już na boisku, a gospodarze urwali się gościom kombinacją zajadłej obrony i trafień z dystansu, z naciskiem na ten pierwszy element.

Przez 10 minut zielonogórzanie zmusili gości do popełnieniu aż pięciu strat. Sami nie gubili się... Do czasu. Bo później wszystko potoczyło się w zgodzie z charakterystyką głównej słabości nowego składu Stelmetu. Wada polega na tym, że zespół z Zielonej Góry dwa razy szybciej, a do tego z nawiązką, traci to, na co wcześniej w pocie czoła pracował. W rubryce ze stratami gospodarze dość szybko doścignęli, a po tym przegonili gości. I tak oto z dziesięciopunktowego prowadzenia Stelmetu jeszcze przed końcem drugiej kwarty przeszliśmy do wyniku korzystnego dla Trefla. Dla faworyta mogło być kłopotliwe, że grę gości prowadził w tym okresie 18-letni Paweł Dzierżak...

Dwa najważniejsze obrazki z pierwszej połowy: Pierwszą kwartę obroną wygrał Stelmet. Drugą kwartę obroną wziął Trefl. W sumie dawało to rezultat około remisu 40:41. Zostawał też wniosek, że Craig Brackins trafił do składu mistrzów przez pomyłkę. A w każdym razie jego czterominutowy epizod z poniedziałkowego meczu bardziej służył sopocianom niż zielonogórzanom.

Sopockich graczy i ich trenera Dariusa Maskoliunasa musiały martwić faule. Gdy jeszcze było daleko do finału, z ławki sopockiej ekipy dało się usłyszeć, że sędziowie narzucili zbyt wysokie tempo gwizdania przewinień. I w razie utrzymania takiej intensywności Trefl nie dotrwa do końca w komplecie. Rezczywiście nie dotrwał. Kary dotykały jednak zawodników obu ekip prawie równo. Gdy zaczynała się czwarta kwarta, po cztery przewinienia mieli na koncie: Łukasz Koszarek i Vladimir Dragicević ze Stelmetu oraz Paweł Leończyk i Lance Jeter z Trefla.

Jeter spadł jako pierwszy. Ale jego zespół trzymał się na minimalnym prowadzeniu. Stracił je, gdy do końca spotkania zostało pięć minut. Zielonogórska obrona coraz mocniej zaciskała się wtedy na atakach Trefla. Zdawało się, że goście pękną. Niewiele mogli przedsięwziąć pod koszem. Ale nagle uratowały ich trójki. Po trzech z rzędu trafieniach z dystansu sopocianie złapali oddech i wypłynęli na powierzchnię. Zostawała do końca już tylko minuta, a goście byli górą 81:77.

Trener Stelmetu Mihailo Uvalin poprosił o czas. Drugiej przegranej z Treflem na własnym boisku chciał zapobiec za wszelką cenę. Przemysław Zamojski trafił dwa wolne, po tym koszykarze z Zielonej Góry bronili na całym boisku, i to się opłaciło. 81:81 było na 39 sekund przed końcem czwartej części spotkania. Po czym obie strony popsuły swoje akcje i potrzebna okazała się dogrywka.

W niej Trefl miał mocno pod górkę. Był już bez Jetera oraz Michała Michalaka. Mimo to zaczął od trzypunktowej akcji. I trzymał przewagę o wartości skarbu aż do chwili, w której piłka posłuchała Przemysława Zamojskiego, wpadła do kosza. To był przełom. Stelmet w drugim swoim ligowym występie osiągnął sukces po dogrywce.

- Mogliśmy to wygrać w regularnym czasie. Zaważyły nasze głupie błędy - żałował później podkoszowy Trefla Yemi Gadri Nicholson.

- Swoje zrobiło też to, że nasza ławka jest za krótka na taki zespół jak Stelmet. Nie możesz być zadowolony, gdy przegrywasz. Ale ja dziś nie mogłem odmówić chłopakom chęci walki, ani woli zwycięstwa. I nie mogłem miec do nich pretensji. To się mogło podobać i dało dużo wrażeń. Ładnie się chłopacy bili - ocenił Darius Maskoliunas, trener sopockiej drużyny. Ale ciężko było mu pogodzić się z przegraną. Pole manewru rzeczywiście miał ograniczone, bo nie mógł skorzystać z Sarunasa Vasiliauskasa, który był katem Stelmetu w starciu o superpuchar. - Skręcił nogę i nie może jeszcze grać - tłumaczył absencję swojego asa Maskoliunas. A czy Stelmet zmienił od czasu spotkania o superpuchar? - Nie bardzo... - odrzekł Litwin.

STELMET ZIELONA GÓRA - TREFL SOPOT 90:88

DOGRYWKA: 9:7

KWARTY: 26:18, 14:23, 21:17, 20:23

STELMET: Koszarek 24 (5), Eyenga 19 (1), Zamojski 17 (2), Hrycaniuk 4, Cel 0 oraz Dragicević 14, Barlow 7 (1), Walker 3, Chanas 2, Sroka 0, Barckins 0.

TREFL: Gadri-Nicholson 21, Waczyński 17 (1), Leończyk 16 (1), Jeter 9, Roszyk 2 oraz Michalak 15 (4), Stefański 5, Brembly 3 (1), Majstorović 0, Dzierżak 0.

Więcej o: