Euroliga. Porażka Stelmetu. Koszykarski Bayern za duży dla mistrza Polski

Wynik bez niespodzianki, a przebieg gry bez zagadki - Stelmetowi Zielona Góra nie udał się debiut w koszykarskiej Eurolidze. W piątkowy wieczór we własnej hali mistrzowie Polski dostali lekcję od Bayernu Monachium. Goście zwyciężyli 94:73.
Bayern nie popełnił grzechu papierowego faworta. Od początku grał uważnie, na całego i miał lepsze narzędzia do tego, by grę ułożyć po swojej myśli. Koszykarzom Bayernu gra w koszykówkę ze Stelmetem nie sprawiała szczególnego problemu. Robili to, co sobie założyli. Szybko uzyskali istotną przewagę.

Stelmet dopiero w końcówce kwarty podniósł głowę, wieńcząc dwie płynne akcje trafieniami z dystansu. Nowy ładunek odwagi wniósł w zielonogórskim zespole debiut Vladimira Dragicevicia. Czarnogórzec nie bał się przepchanek z podkoszowymi Bayernu. I bardzo chciał być przydatny także w punktowaniu. Ale kilka mocno chybionych prób powiedziało jemu i trenerowi Stelmetu, że to nie jest uliczka, w którą należy brnąć. Jeszcze gorszy dzień miał Christian Eyenga. Były gracz NBA błysnął przed zielonogórskimi kibicami w starciu o Superpuchar z Treflem. Ale kilka dni później zgasł w Kołobrzegu. Na graczach Bayernu nie zrobił żadnego wrażenia.

Stelmet ciągle przegrywał, z reguły tracił do rywali kilkanaście punktów. Niemniej po jakimś czasie otrząsnął się z tremy i nacisku przeciwników. Walczył, jak mógł. Ale mocy nie wystarczało na wyrównany mecz. Za każdy błąd gospodarzy Bayern natychmiast wymierzał karę, a przy tym sam nie chciał rewanżować się błędami, z których użytek mógłby zrobić Stelmet.

Przez całą pierwszą połowę mistrzowie Polski dostali w prezencie tylko dwie okazje na darmowe punkty. W pozostałych atakach z mozołem starali się przebić przez obronę Bawarczyków. I nie wychodziło to najlepiej. W efekcie gospodarze oddawali rzuty pod presją czasu i z niesprzyjających pozycji. Wychodziły z tego pudła, a gracze niemieckiego klubu królowali na swojej tablicy. Dlatego po pierwszej połowie Stelmet przegrywała 28:48. A Baeyrn jakby kpił z zielonogórskiej obrony, trafiając do kosza za dwa punkty ze skutecznością 67 procent.

Legendarny trener gości Svetislav Pesić pierwszy raz w piątkowym meczu wkurzył się i reagował w połowie trzeciej kwarty. Gdy zielonogórska obrona wreszcie zaczęła nadążać za atakami rywali. Piłka przestała wpadać do kosza Stelmetu. Zielonogórscy koszykarze pokazali, że potrafią twardo bronić, zbierać, a po tym jeszcze wystarcza im tchu, by napędzić kontrę. To jeszcze nie był prawdziwie zajadły pościg. Może ledwie zalążek takiego pościgu. Niemniej Bayern potraktował sygnał poważnie i przyłożył się do gry staranniej. Skończył z frywolnym rzucaniem. Dłużej pracował nad wyczyszczeniem pozycji do skończenia akcji, a podkoszowy niedźwiedź John Bryant sponiewierał stojących na jego drodze. Goście stale trzymali gospodarzy na dystans. W połowie czwartej kwarty stało się jasne, że Bayern już nie da sobie zrobić żadnej krzywdy. Emocje spadły z trybun.