Sport.pl

Czarni biją faworyta na początek play-off. Stelmet ma problem

Niespodziewany początek ćwierćfinałowej serii między Stelmetem Zielona Góra a Energą Czarnymi Słupsk. W niedzielę we własnej hali faworyt był bezradny. Już w pierwszej połowie zielonogórzanie dali sobie rzucić 56 punktów. Przegrali 83:97 i mają problem. We wtorek w Zielonej Górze drugi mecz.
- Nasze cztery wygrane ze Słupskiem nic nie znaczą, teraz zaczynamy nową historię - mobilizowali się przed serią z Czarnymi trenerzy i koszykarze z Zielonej Góry. Nowa historia zaczęła się jednak w nawiązaniu do stylu, w jakim faworyt z Zielonej Góry zagrał tuż przed play-off. Miał wtedy problem z obroną i skutecznością, a koszykarze wyglądali na przemęczonych. W niedzielę zestaw wad i słabości nie odpuścił.

Czarni prowadzili niemal od początku. Agresywniej weszli w mecz. Faule, które popełniali gracze ze Słupska, miały swoją wyrazistość i często aż bolały faulowanych. Goście płacili za to cenę. Dwóch graczy nie dotrwało do końca walki, złamali limity przewinień. Ale to nie była cena zbyt wysoka. Agresja okazała się potrzeba, by zdominować walkę pod tablicami i zdobyć przewagę.

Gdy grubo przed zakończeniem pierwszej połowy goście ze Słupska złamali barierę 50 punktów, a po drodze do tego ocierali się o 20-punktowe prowadzenie, mogli się nawet nieco zmieszać. W hali wielkiego faworyta rodzili sobie nadspodziewanie dobrze. A Stelmet męczył się. Nawet z linii wolnych zielonogórscy koszykarze rzucali ze skutecznością niższą niż wymagała od nich powaga sytuacji. Ale to i tak była pestka przy rzutach z gry, gdzie Czarni, nie unikając prób dystansowych, trzymali się na 60 proc. trafień. Zielonogórscy koszykarze ze skutecznością 35 proc. wypadali w tym zestawieniu źle, by nie rzec beznadziejnie.

Tyle że nadzieja na zwrot w meczu nie opuszczała fanów z Zielonej Góry. Wiązała się z tym, że gospodarzom naprawdę nie wypadało zagrać w drugiej połowie gorzej niż w pierwszej. Istotną rolę mogły też odegrać przewinienia, których słupscy gracze łapali o wiele więcej. Trzy miał na koncie ich wiodący center Yemi Gadri-Nicholson. Amerykanin królował przez dwie kwarty na tablicach. M.in. dzięki niemu uwypuklała się pewna słabość Stelmetu. Bo zielonogórski zespół potrafi przegrać zbiórkę nawet wtedy, gdy wygrywa mecze.

W niedzielę wyglądało to fatalnie. Po dwóch kwartach dało się wysnuć wniosek, że gospodarze zupełnie zatracili zdolność, twardość i czucie do ustawiania się pod tablicami. Nikt by nie uwierzył, że faworyt ligi nie zebrał dosłownie nic w ataku, a pod bronionym koszem chwycić piłkę 9 razy. Energa Czarni błyszczeli tu i tam, zebrawszy spaldinga w sumie 26 razy w ciągu 20 minut.

Drużyny różniło też coś, czego statystyki i liczby nie ujmują wprost. Koszykarze w czarnych strojach mieli w sobie jakby więcej wigoru i woli dokonania czegoś wspólnie. Kilka razy zbierali się w kółeczko, naradzali, kombinowali, gdzie znaleźć luki w obronie Stelmetu. I odnajdywali te luki dosłownie wszędzie: na dystansie, półdystansie, pod koszem. A po tym trafiali. Po pierwszej połowie nie mogli sobie wiele zarzucić.

Minęły dwie minuty trzeciej kwarty. Trener gospodarzy Mihailo Uvalin prosił o przerwę, bo jego koszykarze przegrywali 42:63. Przerwa nie przyniosła efektów. Przy 46:69 najbardziej zniecierpliwieni widzowie zaczęli wychodzić z hali. Ci, którzy zostawali, prosili, by Stelmet walczył do końca. Stelmet próbował... Jednak wraz z upływem minut gasły szanse. Furory nie robił MVP ligi Walter Hodge. Dejan Borovnjak wrócił do składu po kontuzji, ale nie wrócił do swojej gry. Uvalin przypomniał sobie, że ma w składzie Mantasa Cesnauskisa i Łukasza Seweryna. Co mogli zmiennicy? Przy narzuceniu ostrego tempa i urwaniu kilku punktów z przewagi Czarnych, czwarta kwarta zapowiadałaby się ciekawie. Dwie trójki Łukasza Koszarka przebudziły Stelmet i pokazały, że walka nie została jeszcze stracona. Ostatnią cześć meczu zespoły zaczynały z rezultatem 65:75 oraz poczuciem, że faworyt rozkręca się w pościgu, a uciekający łapie zadyszkę. Raczej złudne to było odczucie. Trafił się moment, w którym koszykarze ze Słupska czuli, że z wielkiego trudu i ogromnej przewagi za chwilę mogą mieć tylko nieistotne wspomnienia. Kiedy Stelmet doszedł na osiem punktów, zdawało się, że natychmiast pójdzie za ciosem. Jednak goście przetrwali egzamin z odpowiedzialności i dokładności. Uszanowali własną robotę. Mimo że Marcin Dutkiewicz pozwolił sobie na przewinienie niesportowe, Stelmet nie zdołał przerobić dość ustabilizowanego obrazu w horror. Błędne rzuty gospodarzy przy znakomitej zbiórce gości dawały się we znaki do końca.

STELMET ZIELONA GÓRA - ENERGA CZARNI SŁUPSK 83:97

KWARTY: 22:28, 20:28, 23:19, 18:22

STELMET: Koszarek 21 Hosley 21, Stević 14, Hodge 12, Sroka 5 oraz Seweryn 3, Białek 3, Borovnjak 2, Chanas 2, Cesnauskis 0.

ENERGA CZARNI: Brandwein 16, Knutson 14, Dabkus 8, Gadri-Nicholson 7, Kostrzewski 6, oraz Trice 21, Dutkiewicz 14, Nowakowski 7, Abernathy 4, Davis 0.

Więcej o: