Słupsk zdobyty! Drużyna Stelmetu zmazała plamę po ostatniej klęsce

Koszykarze Stelmetu Zielona Góra kontrolowali niemal cały wyjazdowy mecz z Energą Czarnymi Słupsk. Gdy na finiszu gospodarze doprowadzili do remisu, zielonogórscy gracze mieli już na głowie kilka zmartwień: kontuzje, kłopoty z limitem fauli i kilkadziesiąt minut dobrej gry, które mogły pójść na zmarnowanie. Ale w niedzielę w Słupsku gracze Stelmetu okazali klasę faworyta ligi. Nie spanikowali, gdy dopadł ich pościg. Zdali egzamin z mądrości na finiszu: odskoczyli po raz drugi.
Po klęsce z Anwilem zielonogórska drużyna spadła na piątą lokatę i chciała zrobić wszystko, żeby przy pierwszej nadarzającej się okazji wyautować się z tego rejonu tabeli. Jeszcze przed kilkoma dniami widzieliśmy koszykarzy Stelmetu w wersji skrajnie bezradnej i nieskutecznej. W niedzielę w Słupsku nie było o tym mowy. Goście wyszli do walki naostrzeni jak żyletka. Hołdujący obronie trener gospodarzy Andrej Urlep mógł rwać resztki włosów z głowy, gdy rywale jego drużyny kończyli pierwszą połowę spotkania, wpisawszy na konto zdobyczy 51 punktów. I to wcale nie musiał być maksymalny wymiar kary. W ostatnich sekundach gracze zielonogórskiego zespołu stracili kilka oczywistych szans. Ale i tak trzymali przewagę o wartości kilkunastu punktów. Kontrolowali mecz. Jak im się to udawało? Atakowali porywająco skutecznie. W pierwszej kwarcie statystyki, które nie kłamią, wykazały 70 proc. celności rzutów z gry. Po mistrzowsku udawały się trafienia z dystansu. Jeśli Czarni chcieli tu powtórzyć manewr Anwilu, który pozwolił zielonogórzanom na rzucanie za trzy punkty, to bardzo się pomylili. Tym razem piłka była koszykarzom Stelmetu posłuszna.

Dla odmiany gospodarze akurat w tym elemencie podejmowali niemal same nieudane próby, które załamywały ich samych i nakręcały grę Stelmetu.

Gościom udało się też poprawić w zbiórkach. Ostatnio ustępowali w tej kwestii wszystkim przeciwnikom. Tym razem poprzeczka wisiała wysoko. Zielonogórska drużyna musiała przed meczem uczulić się na parę podkoszowych ze Słupska, którzy wielu ligowym przeciwnikom wyrządzili już mnóstwo szkód. Zdawało się, że w niedzielnym starciu wyjdzie to podobnie. I najpoważniejszym zmartwieniem Stelmetu stanie się np. Yemi Gadri-Nicholson, który dobrze walczył o pozycję pod atakowaną tablicą, a tam sprzątał po niecelnych rzutach swoich kolegów i z impetem dobijał. W pierwszej połowie uskładał najwięcej punktów (8) i zbiórek (5) w drużynie Energi Czarnych. Ujmijmy to jednak w ten sposób: goście atakowali i bronili na tyle dobrze, że mogli sobie na takie straty pozwolić.

Druga połowa zaczęła się dla zielonogórskiej ekipy o tyle niefortunnie, że moment nieuwagi kosztował Waltera Hodge'a dwa indywidualne przewinienia. Uzbierał ich w sumie już cztery, dlatego usiadł na ławie. Gospodarze naciskali. Zeszli ze stratami do 8-9 pkt. Jednak to nie była ich szczęśliwa niedziela. A pech polegał m.in. na tym, że trafili na taki dzień, w którym Quinton Hosley bronił i atakował na poziomie niedostępnym dla większości koszykarzy Tauron Basket Ligi. Amerykanin kolejny raz udowodnił, że jest królem złodziei piłek. Kreował pozycje dla partnerów z zespołu, wreszcie sam trafiał na dobrym procencie i zbierał. Zresztą prawie wszyscy ci zawodnicy, którzy kilka dni temu zawiedli, w Słupsku dokładali ważne elementy do zwycięskiej układanki.

Nie zawsze słońce świeciło dla Stelmetu i nie wszystko wychodziło bezproblemowo. W trakcie walki kontuzji doznał Kamil Chanas, co przy wcześniejszym urazie Olivera Stevicia oraz zagrożeniu z limitem fauli aż czterech koszykarzy oznaczało pewien kłopot z rotacją. O wiele więcej niż zazwyczaj grał Milos Lopicić. Na początku zdawało się nawet, że Czarnogórzec pokusi się o rekordy.

Jednak w czwartej kwarcie, gdy Czarni zerwali się do kluczowego pościgu, nie istniał już margines pozwalający na eksperymenty. Najwyżsi w zielonogórskim zespole: Dejan Borovnjak i Lopicić mieli na koncie po cztery przewinienia i musieli szalenie uważać. A Czarni nie wiedzieć skąd łapali energię i skuteczność. Na osiem minut przed końcem meczu tracili do Stelmetu ledwie trzy punkty! Wystarczyło im, że zawzięli się w obronie, zatrzymali kilka ataków gości. Zmusili do błędów, strat, a potem kontrowali.

Gdy zaczęła się walka na pograniczu remisu, w poczynania wmieszały się nerwy. A z nerwami elementarne błędy. Czarni dopadli Stelmet przy stanie 76:76. Musieli jednak zapłacić za pościg zadyszką. Zielonogórzanie skorzystali. Oderwali się na osiem punktów. Pozostało - tylko i aż - trzymać to przez trzy minuty.

Układ nakazywał gościom szanować piłkę i długo rozgrywać własne akcje. Czarni nie mieli czasu na szachy, sytuacja wymuszała szybkie decyzje rzutowe. Co z tego wynikło? Nic dobrego dla Słupska. Stelmet błyskotliwie zdał egzamin z mądrego finiszu. A tym samym plama po klęsce z Anwilem została zmazana.

ENERGA CZARNI SŁUPSK - STELMET ZIELONA GÓRA 81:91

KWARTY: 18:30, 20:21, 21:21, 22:19

ENERGA CZARNI: Brandwein 23 (3), Gadri-Nicholson 10, Kostrzewski 9, Knutson 5 (1), Dabkus 0 oraz Nowakowski 15 (3), Trice 11 (1), Tomaszek 4, Dutkiewicz 4, Abernethy 0.

STELMET: Hodge 19 (1), Hosley 18 (2), Borovnjak 11, Sroka 10 (2), Białek 4 (1) oraz Chanas 13 (3), Cesnauskis 7 (1), Lopicić 6, Sewryn 3 (1).