Sport.pl

Trener Bogackiej: Serce mi tak waliło, jakby chciało gardłem wyskoczyć

- Czy spodziewałem się, że może być aż tak dobrze? Strzelectwo to dziwny sport. Trzeba mieć szczęście i dobrą nogą z łóżka wstać. Przy ostatnich strzałach Sylwii serce waliło mi tak, że o mało gardłem wyskoczyło. Musiałem trzymać gębę na kłódkę - mówi Ryszard Taysner, klubowy szkoleniowiec Sylwii Bogackiej w Gwardii Zielona Góra.
Dziś w Londynie zielonogórzanka w karabinie pneumatycznym - 10 m wygrała eliminacje z doskonałym wynikiem - 399 pkt. W finale spadła na drugie miejsce. Jej srebro to pierwszy medal Polaków na igrzyskach w Londynie.

Co Sylwia mogła robić między eliminacjami a finałem?

- Strzelcy praktykują w takich chwilach spokojne rozmowy z trenerami lub psychologami. A Sylwia? Jak ją znam, to znalazła sobie miejsce, w którym była sama i się koncentrowała.

A dobrze ją pan zna?

- Spędzam z Sylwią więcej czasu niż z własną żoną. Pracujemy razem od 9 lat. To fantastyczna kobitka, a do tego ładna i z charakterem, no i pięknie się uśmiecha.

Faceci się koło niej kręcą?

- Chyba ma jakiegoś przyjaciela, ale nie wiem, czy to ktoś na stałe.

Ale jej czas to przede wszystkim strzelectwo?

- Zaczynamy zwykle trening o godz. 10 i pracujemy do godz. 13-14. Zależy, co jest do wykonania i jak to idzie. Gdy idzie źle, pracujemy dłużej. Później Sylwia ma jeszcze zajęcia ogólnorozwojowe.

Spieracie się na treningach?

- Raczej nie. Jak trafia się trudny temat, to raczej go przemilczymy, a ja się później pokłócę w domu z żoną. Praca z Sylwią jest przyjemna, ponieważ ona jest osobą konkretną. Liczy się dla niej plan i realizacja. Co u strzelca ważne, ona jest obowiązkowa, samodyscyplinę ma w sobie ogromną. Muszę też o niej powiedzieć, że jest ambitna, a treningi stara się realizować perfekcyjnie. To nie są pogaduszki z przerwami na strzelanie, tylko maksymalna koncentracja.

Spodziewał się pan, że dziś może być tak dobrze? Przecież dziś nie wykonywała swojej koronnej konkurencji.

- Strzelectwo to jest taka dziwna dyscyplina. Trzeba mieć szczęście i dobrą nogą wstać z łóżka.

Gdy namawiał pan Sylwię na przeprowadzkę do Zielonej Góry ze Śląska Wrocław, to już była zawodniczką na światową czołówkę?

- Tak, materiał był dobry, należało tylko zapewnić warunki do rozwoju i pracy.

Jakie to warunki?

- Trudno mówić o wymarzonym mieszkaniu. Powiedzmy, że zapewniliśmy jej lokum blisko klubowej strzelnicy, w którym Sylwia - póki co - czuje się dobrze.

Przed Londynem pana zawodniczka przyznała się, że chciała całkiem zrezygnować ze strzelania.

- Bo strzelectwo nie jest atrakcyjnym sportem, zwłaszcza dla kobiety i zwłaszcza w trakcie żmudnej pracy treningowej. To są zajęcia i nudne, i nużące. Trzeba trzymać stałą wagę. Za dużo - źle, za mało też nie za dobrze. U Sylwii ideał to 55-56 kg, wtedy kombinezon leży na niej najlepiej. Są też inne wyrzeczenia. Dlatego po igrzyskach może być różnie. Nie wiem, co Sylwia postanowi. Może zechce wrócić do domu - Jeleniej Góry - i skończy ze sportem. A może zaweźmie się na kolejne cztery lata. Ale na następnych igrzyskach będzie w pneumatyku zawodniczką wiekową. Dziś ma 31 lat i już należy do najstarszych.

Jakimi karabinami strzela pana zawodniczka?

- W Londynie ma dwa karabiny: pneumatyczny i kulowy, oba firmy Anschutz. Uzbrojony w rozmaite dodatkowe osprzęty pneumatyk kosztuje ok. 15 tys. zł, kulowy jest droższy - ok. 17 tys. zł.

Bardzo się pan denerwował, oglądając występ Sylwii?

- Oj, strasznie! Teraz już się trochę uspokoiłem. Ale przy ostatnich strzałach serce waliło mi tak, że o mało gardłem mi wyskoczyło. Musiałem trzymać gębę na kłódkę. A w duchu stale powtarzałem do Sylwii: Trzymaj byka za rogi! Przecież tam mógł zaważyć jeden strzał i dwie grubości włosa. W finale szanse miała nawet zawodniczka z ósmym wynikiem. Ale udało się! Jest srebrny medal. Sukces jest PRZE-O-GROMNY. Marzenia się spełniają. I ja uważam, że w życiu nie można tylko planować, trzeba marzyć. Bo realizacja planów nie daje takiego szczęścia, jak spełnianie marzeń.

Więcej o: