Sport.pl

Sebastian Świderski: Jak ja tym chłopakom zazdroszczę!

- Patrzę i jeszcze teraz serce rwie się na boisko. Ale rozum bierze górę. To jest ich czas i wielka szansa. Ciężko na nią pracowali. Czy są faworytami na Londyn? Z takiego określenia wynika tylko presja - mówił Sebastian Świderski, oglądając w Zielonej Górze przedolimpijską próbę kadry polskich siatkarzy.
Świderski dwa razy wystąpił na igrzyskach - w Atenach i Pekinie. Marzył mu się kolejny olimpijski start. Po ciężkiej kontuzji - zerwane ścięgno Achillesa - i długiej rehabilitacji przyjmujący wrócił do gry. Ale nadeszły kolejne problemy zdrowotne. W marcu - zawodnik urodzony w Skwierzynie, który swoje pierwsze wielkie zwycięstwa odnosił w barwach Stilonu Gorzów - poddał się.

W weekend w trakcie X Memoriału Huberta Wagnera Świderski doczekał się oficjalnego zakończenia swojej reprezentacyjnej kariery. Zagrał w kadrze 298 razy. Zdobył tytuł wicemistrza świata. Do Zielonej Góry przyjechał z grupa swoich następców - triumfatorów rozgrywek Kinder Plus Sport.

Andrzej Tomasik: Ta uroczystość była dla pana niespodzianką?

Sebastian Świderski: - Chyba miała być. Ale zawsze znajdą się jakieś przecieki. Nie byłem do końca pewny i przygotowany, jednak wiedziałem, że coś tu się dla mnie szykuje.

Wolałby pan szykować się w stroju reprezentanta do Londynu?

- Oczywiście, że tak. Zazdroszczę chłopakom. Ciągnie mnie na boisko. Serce się rwie. Ale rozum bierze górę. Podejmowałem walkę o powrót do gry. Niby wszystko było OK. Ale dopadła mnie następna kontuzja, następny problem. Kolejna operacja groziła mi kalectwem. Wtedy człowiek po kilku dniach myślenia podejmuje decyzje, że życie nie kończy się na boisku.

To trudne, gdy na boisku dzieją się rzeczy piękne. Anastasi i jego gracze mieli być na memoriale zmęczeni, jeszcze bez formy, lecz wygrywają bardzo pewnie.

- To jest grupa ludzi, która od jakiegoś czasu ze sobą solidnie pracuje, a przy tym walczy z przeciwnościami losu. Na niektórych pozycjach wyrośli nowi liderzy. Zbyszek Bartmana przestawiał się z przyjmującego na atakującego. Na początku grał źle i niemal wszyscy skazywali ten eksperyment na porażkę. Zbyszek im udowodnił, że się mylili. Podczas finału Ligi Światowej dostał nagrodę dla najlepszego atakującego [w memoriale Wagnera także - red.]. Gdy z kadry odpadali zawodnicy uznawani za topowych, tej drużynie nie dawano wielkich szans. Ale ciężko pracowała i wierzyła w sens tej pracy, to przyniosło efekt.

Aż doszło do tego, że stała się faworytem igrzysk w Londynie...

- Wygraliśmy ligę światową i idąc tropem historycznych analogii sprzed czterech czy ośmiu lat, powinniśmy teraz wygrać olimpiadę. Ale słowo faworyt niczego w sporcie nie załatwia. Sportowiec musi wyjść i walczyć. Z tego tytułu, że ktoś widzi w nim faworyta nic nie wynika. W moim odczuciu w sporcie nigdy nie jesteś faworytem, za to zawsze musisz się liczyć z porażką. Bo takich faworytów jak my, w Londynie będzie nawet ośmiu. Oni wszyscy będą chcieli zdobyć złoto. Przed wszystkim tkwi szansa. To będzie nowy turniej, nowe granie. Różnica polega na tym, że na tych pozostałych nikt nie wywiera teraz aż takiej presji jak na naszych chłopaków. Czy wywierana w Polsce presja i balon, który jest pompowany, są dobre? Zobaczymy. W zeszłym roku zawodnicy udowodnili, że sobie z tym dobrze radzą. Zdobyli medale na trzech ważnych imprezach. Zaraz po tym usłyszeli opinie, że po bardzo dobrym sezonie reprezentacji trafiały się sezony dramatyczne. Tymczasem nasi, wygrywając Ligę Światową, już udowodnili, że tak wcale nie musi być. Wytrzymali i pokazali, że potrafią grać z presją.

Oni się tym w ogóle nie przejmują?

- Na pewno zdają sobie sprawę z oczekiwań. Sami sobie także narzucają presję, ale starają się zmienić jej negatywny ciężar na pozytywne nakręcanie się i mobilizację. Na razie idzie im świetnie. Mam nadzieję, że na igrzyskach to potwierdzą. Tam będzie trudniej. Bo dla kilku z nich to będzie debiut na takim wielkim turnieju.

Jeśli zdobędą medal, będzie pan będzie jeszcze bardziej zły na swoją kontuzję czy też młodsi gracze i tak nie daliby panu szans na igrzyska?

- Trzymam się wersji, że przegrałem z kontuzją. Ale ja się w życiu już swoje nagrałem. Żałuję, że moja kadra nie zdobyła medalu na igrzyskach. Byliśmy na piątym miejscu w Atenach i Pekinie. Ta obecna kadra zasłużyła na wszystko, co zdobyła. Trzymam za nią kciuki. Będę szczęśliwy, jeśli się uda.

A jak to robią polscy siatkarze, że są tacy mocni?

- Mamy bazę, szkoleniowców, ludzi, którzy chcą się tym zajmować, szkoły sportowe. Struktura się rozwija. Dzieci jeżdżą na turnieje, zresztą ja jestem teraz ambasadorem programu Kinder Plus Sport. Przyjechałem na Wagnera z zespołem, który wygrał ten turniej. I ten wyjazd to z jednej strony nagroda, ale z drugiej motywacja i inwestycja.

Co w pana wypadku znaczy słowo ambasador, czym się pan zajmuje?

- Na co dzień mam inne obowiązki - jestem drugim trenerem Zaksy. Natomiast w Kinder Plus Sport jestem twarzą i ikoną akcji. Spotykam się z dziećmi, jeżdżę z nimi na turnieje, oni grają pod moim patronatem. Uczestniczę też w treningach. Te dzieci mają okazje do rozmów z olimpijczykami, jeżdżą na wielkie imprezy, nabierają ogłady, przekonują się, że praca ma sens i daje efekty. Może za wcześnie o tym mówić, ale przymierzani są do ról obecnych kadrowiczów, żeby później to nie był dla nich za duży przeskok. Ja widzę w nich następców dzisiejszych reprezentantów. Widzę też, że co roku dzieci podnoszą poziom. Nie jest tak jak kiedyś, że sprawni i wyszkoleni byli tylko niscy. Inni nadrabiali wzrostem. Teraz ci kandydaci na wysokich są lepsi motorycznie i lepiej wyszkoleni.

Więcej o: