Prezesie Kowalski, zrób pan coś!

Kapitan Falubazu Piotr Protasiewicz, stawiając na własną drużynę, wcale nie zrezygnował ze sportowych ambicji. To władze polskiego żużla, ustalając głupi regulamin, tych ambicji go pozbawiły.
Temat jest wałkowany od miesięcy, ale wciąż wymaga załatwienia. W zgodzie z nowym regulaminem żużlowej ekstraligi od nowego sezonu każda drużyna będzie mogła mieć w składzie tylko jednego zawodnika ścigającego się w cyklu Grand Prix. Przepisy mocno skomplikowały sytuację przede wszystkim mistrzom Polski. Z Falubazem Zielona Góra długoletnimi kontraktami związani są bowiem dwaj żużlowcy, którzy w przyszłym roku mają prawo do rywalizacji o medale mistrzostw świata - Piotr Protasiewicz i Andreas Jonsson. Zielonogórski klub powinien zburzyć mistrzowski skład, zerwać umowę z jednym ze swoich asów i zbudować drużynę od nowa. Do całkowitego zniszczenia nie doszło. Obaj zawodnicy pozostaną w Falubazie, bo Protasiewicz ponad ambicje ścigania się w światowym cyklu postawił na klub, w którym ponad 20 lat temu rozpoczął pobieranie nauk jazdy na żużlu. - Nie po to zakończyłem tułaczkę po Polsce i wróciłem do Zielonej Góry, by znów wyjeżdżać - mówił "Protas". - Nie chcę, żeby wyłącznie z powodu moich ambicji, które mam "niestety" bardzo wysokie, klub musiał kombinować i całkowicie rozwalać zespół.

Polak wysyła sygnał, ale Polak ma być karany

Protasiewicz ambicje ma duże. Poniósł koszta i ryzyko, by po kilku latach wrócić do Grand Prix. Stawiając na własną drużynę, kapitan Falubazu wcale z tych ambicji nie zrezygnował. To władze polskiego żużla, ustalając głupi regulamin, tych ambicji go pozbawiły. - Cała Europa z nas się śmieje, że polski zawodnik musi wybierać między startami w Grand Prix i swoim klubie, z którym wiąże go kontrakt - te słowa "Protasa" są pełne goryczy, ale oddają całą prawdę o przepisie, którym na światowej niwie Polacy dokonują żużlowego samobójstwa. Bo czy któryś z naszych zawodników w przyszłości zdecyduje się na starty w Grand Prix, gdy jednocześnie zamknie się przed nim droga do jazdy w ekstralidze? Odpowiedź wydaje się oczywista, ale najwyraźniej nie jest ona dostatecznie oczywista dla ludzi, którzy decydują o losach polskiego żużla. A przecież Protasiewicz wysłał im mocny sygnał: dajcie reprezentantom Polski realizować ambitne plany! - Może wszystkie te mądre głowy, które wymyśliły te "wspaniałe" przepisy, jeszcze coś zmienią - łudził się dwa tygodnie temu żużlowiec Falubazu i pytał: - Dlaczego Polak ma być karany za swoje sukcesy?

Nie dziwmy się, gdy zabraknie nas w Grand Prix

Żadne "mądre" głowy jednak nie zareagowały, a z całą pewnością zareagować powinny. Nie usłyszeliśmy nawet czegoś w stylu: "Teraz może jest już za późno, by cokolwiek zmieniać, ale OK, niebawem trzeba wrócić do tematu, bo regulamin faktycznie mocno bije w polskich żużlowców". Władze Ekstraligi nie zdobyły się na żaden komentarz po decyzji Protasiewicza, jednego z najlepszych zawodników tej ligi. 37-letniego żużlowca, który być może stał przed ostatnią w karierze szansą na spełnienie swoich sportowych marzeń. Żużlowca, który w minionym sezonie wiele poświęcił, by dobrą jazdą przypomnieć się światu. Prezes Ekstraligi Ryszard Kowalski nie zdobył się na żaden ruch. Tylko czy możemy się dziwić, skoro ten sam człowiek kilka miesięcy temu - w odpowiedzi na krytykę Falubazu wobec nieżyciowego przepisu - powiedział: - Przecież ja nie każę zwalniać kogokolwiek, Falubaz może mieć zakontraktowaną dowolną liczbę zawodników z Grand Prix. Bele w meczu wystartował tylko jeden z nich.

Te słowa nijak nie wkomponowały się w ramy przesłanek, wedle których powstał nowy regulamin. Chodziło przecież o to, by obniżyć koszty ekstraligowych klubów. By te nie zatrudniały po kilku drogich zawodników ze światowej czołówki. Dziś każdy wie, że argumenty o oszczędnościach przy angażowaniu tylko jednego zawodnika z Grand Prix można włożyć między bajki. Bo kluby wydoją średniacy i zawodnicy, którzy dotąd mieli trudności w załapaniu się do ekstraligowych zespołów. Teraz to oni czują się najbardziej pożądanymi gwiazdami, dla których miejsce w elicie musi już być. Warunki dyktować będą przede wszystkim Polacy, których, według kolejnego przepisu, aż czterech musi znaleźć się w składzie drużyny. Dlatego niech ci, którzy rządzą krajowym żużlem, nie zdziwią się kiedyś, że zawodnikom pokroju Adriana Miedzińskiego, Macieja Janowskiego, Janusza Kołodzieja, Patryka Dudka czy braci Pawlickich, nawet przez myśl nie przejdzie, by ścigać się w Grand Prix. Bo po co, skoro przez starty w prestiżowych, ale słabo opłacanych mistrzostwach świata mogą stracić intratne i pewne posady w ekstraligowych klubach. A przecież to ci zawodnicy mają kiedyś stanowić o sile polskiego żużla. Jego siła za kilka lat może okazać się jednak mizerna, skoro następców Tomasza Golloba i Jarosława Hampela własnymi przepisami zniechęcimy do realizowania planów, sięgających ponad ekstraligowe rozgrywki.